Na pełnym morzu

Więź? Więzienie?

Piątek, po pracy, godzina dwudziesta, świeżo rozpoczęty weekend staropanieński, a ja zamiast imprezować zasypiam na stojąco. Skrajnie zmęczona, nie wiedząc po czym właściwie. Brzmi jak dzień świra? Bardzo dobrze. Jestem wariatką, więc każdy mój dzień, to dzień świra.

Mój mózg nie przestaje pękać od poziomu absurdu, który zapanował w tym kraju wraz z nastaniem nowego roku. Już nawet nie ma sensu płakać. Pozostaje się śmiać. Śmiać bez końca, do rozpuku. Śmiać, jak wariat. Śmiech to zdrowie.

Uwaga – a teraz bezceremonialnie zrobię z siebie ofiarę!

Jestem karana. Jestem karana za swoją odwagę. Jestem karana za swoją przedsiębiorczość. Jestem karana za swoje zdanie. Jestem karana za to, że jestem kobietą. Jestem karana, bo nie mam męża. Jestem karana za to, że mam tylko jedno dziecko. Jestem karana za to, że się wykształciłam. Jestem karana za to, że mam ambicje. Jestem karana za to, że jestem singielką. Jestem karana za kreatywność (Co tam słychać w grudniu po południu? Oczywiście, że nic nie słychać. Raz w roku. W grudniu.). Jestem karana, bo nie zawłaszczam dziecka tylko dla siebie, jak na zawziętą matkę polkę przystało. Jestem karana za to, że nie jestem matką polką. Czuję się karaną Polką. Czuję się karana żyjąc w Polsce. Czuję, że bycie Polką to kara. Czy mogę więc zostać Norweżką? Szwedką? Dunką? Finką? Niemką? Islandką? Angielką? Europejką? Hinduską? Konstantynopolitańczykówną? Ziemianką? Człowiekiem? Wolno mi? Czy wolno mi zostać człowiekiem? Mam tu jakieś prawo do czegoś?

A teraz zwrot akcji.

Zauważyłam, że pierwsze sześć cyfr mojego numeru dowodu osobistego układają się w datę. Wskazującą na bieżący rok. Gdy nadejdzie ten dzień, to… co mogłabym z tej okazji zrobić? Upiekę tort urodzinowy. Z okazji jednorazowych urodzin mojego dowodu. O. Tak właśnie zrobię.

Po raz pierwszy w życiu…

Po raz pierwszy w życiu poczułam wczoraj tak naprawdę i tak mocno wstręt wręcz przed związkiem. Obejrzałam wczoraj odcinek szwedzkiego serialu „Älska mig” („Kochaj mnie”), w którym trzy różne pary po tym, jak minęły ich pierwsze, narkotyczne uniesienia zwane zauroczeniem i zaczęło się normalne życie w trzeźwości, to w każdej z tych par zadziało się perfidne naruszanie własnej integralności. Zawłaszczanie, grabież, jak na wojnie. Facet miał dom – musiał sprzedać, bo teraz mieszka z nową żoną w jej domu, a pieniądze ze sprzedaży ona zaplanowała wydać na remont… jej domu. Inny facet harował, jak wół w korpo pod pręgierzem wyjątkowo kapitalistycznego szefa, bez awansu i podwyżki od lat, a jego dziewczyna wymagała, by w zębach przyniósł zaliczkę na zakup mieszkania, które ona sobie uwidziała. Że dla ich wspólnego dobra niby. Żeby bardziej komfortowo mieszkać. Wiadomo. No i para numer trzy – chyba najmniej wojny u nich, lecz kobieta musi znosić niezapowiedziane wizyty syna jej partnera – typowego, wrednego nastolatka, który zresztą, jak się przy końcu odcinka okazało i tak nie jest biologicznym synem jej partnera.

Czy to tylko przerysowana rzeczywistość, czy może odzwierciedlenie realnego życia w związku? Nie wiem. Mam kiepskie doświadczenie w tych tematach. Na koncie jeden poważny partner w życiu, z którym rozwiodłam się po niecałych sześciu latach. Ekspertem zdecydowanie nie jestem ani chociaż porządną stażystką. Ale mam przeczucie, że to nie było przerysowane. To szwedzki serial, a więc tym bardziej małe prawdopodobieństwo upiększania bądź robienia nadmiernego dramatu. Dlatego właśnie czuję wstręt. Ja tak nie chcę. Ta myśl pociągnęła mnie do rozwodu i ta myśl nadal we mnie jest i kwitnie. Nadal wolę być sama niż pakować się w coś takiego, czego związkiem trudno mi nazwać biorąc powyższe przykłady pod uwagę. Określenie „związek” to więź, a więź to jedność. Harmonia. Poszanowanie wzajemne.

Dlaczego tak często tylu z nas pakuje się do więzienia zamiast stworzyć więź?

Verified by MonsterInsights