Sześćdziesiąt lat
Zasypiałam wczoraj z refleksją i realnymi, całkiem obiektywnymi szacunkami na temat tego, jak długo jeszcze potrwa moje życie. Zdałam się również na głos intuicji, który zawsze jest dla mnie jednakowo ważny, jak głos rozsądku. Wyszło mi, że dane jest mi jeszcze jakieś pięćdziesiąt pięć do sześćdziesięciu lat. To dużo. To mało.
Nie spieszy mi się wspinać po Bifroście, aczkolwiek trochę jednak mi się spieszy. Zastanawiam się, czy zdążę spełnić wszystkie misje. I marzenia. Drugim zatem pytaniem, które sobie w głowie zadawałam było: „A co właściwie ta moja dusza chce osiągnąć w tym wcieleniu?”. Rozmyślałam nad tym bardzo starannie. Chciałabym mieć rozplanowany każdy szczegół, działanie. Chciałabym. Mimo, że zdaję sobie sprawę, iż nie o to tutaj chodzi. Planowanie jednak, samo w sobie, daje mi poczucie bezpieczeństwa i właśnie spełnienia. Cokolwiek by to nie było. Moja dusza lubi, chce i po prostu planuje. I zapewne zrobiła to już dawno, poza moją świadomością. Cokolwiek. Byle planować.
Weźcie mnie!
Efekt tych rozważań uruchomił migrenę. Właściwie w ciągu dnia czułam już, że nadchodzi. Łudziłam się tylko tak, jak to człowiek potrafi, że może zapomni i się nie włączy? Niestety, nie odpuściła. Szczególnie po takiej metafizycznej prowokacji. Od ponad pół roku atakuje mnie regularnie, co dwa tygodnie. Jak w zegarku. Nawet sobie ją zdiagnozowałam przy pomocy niezawodnego wujka Google. Wszystko wskazuje na to, że trafiła mnie wyjątkowo rzadka odmiana. I muszę przyznać, że trzymam kciuki, aby to się potwierdziło, bo radość napełnia mnie niesamowita na myśl, że dopadło mnie coś tak nietypowego, oryginalnego. Naprawdę intrygują mnie takie tajemnicze istoty, nawet jeśli są chorobami. Niezbadanymi. Rzadkimi. Nikt nie zna przyczyny, a więc nie wymyślono skutecznego leczenia, poza ewentualnie objawowym. Jestem niesamowicie ciekawa, jak mój organizm sobie z tym poradzi. Tak samo byłam ciekawa zachorowania na covid i reakcji na szczepionkę. Gdy gdzieś przeczytałam wypowiedź jednego z antyszczepionkowców, w której zadawał pytanie, czy gdyby nam powiedziano, że to eksperyment medyczny, to byśmy się na niego zgodzili. Moja odpowiedź w myślach była błyskawiczna – oczywiście, że tak! Weźcie mnie, weźcie mnie! Ja, ja, ja! Czyż nie po to żyjemy, by doświadczać? By rozwijać się i tym samym prowadzić do rozwoju całej ludzkości?
Hipster forever
Gdyby moje podejrzenia się potwierdziły, to de facto będzie to już druga, bardzo rzadka choroba w moim dorobku. Jedna już jest. Oficjalnie zdiagnozowana i bezpiecznie uśpiona. Nie sądzę, że jeszcze kiedyś się obudzi, ponieważ musiałabym zajść w ciążę. Nawet jak na sześćdziesiąt lat życia przede mną, to nie widzę szans. Rzadkie choroby to moja specjalność. Taka uroda, jak to mówią. Gdy zderzyłam się z pierwszą z nich, było źle. Bardzo źle. Natomiast teraz zdecydowałam, że nie chcę nienawidzić swoich chorób. One są mną. To być może jedne z moich misji, dokładnie przez moją duszę zaplanowanych. Bez doświadczania nie pójdę do przodu. Teraz już kocham te swoje przypadłości. I jestem dumna, że są tak nietypowe! Chyba rzeczywiście czułabym się zawiedziona, jeśli trafiłoby mi się coś popularnego, mainstreamowego. Nikt inny, tylko ja sama mogłam to sobie wymyślić. Mój duchowy plan.
To, że rozprawiam o długości swojego życia oraz chorobach nie ma nic wspólnego z tym, że dziś jest najbardziej depresyjny dzień w roku.
Uwielbiam takie późne wieczory, jak ten. Muzyka, zapalone świeczki i kadzidło. Kubek ulubionej herbaty pod ręką. Kocisko śpiące na kanapie tuż obok. Mogę pisać albo czytać, albo oglądać jakiś skandynawski serial. Nawet, jeśli to jest „Älska mig”. Mogę też śpiewać. Jakże cudownego odkrycia wczoraj dokonałam! Spotify udostępił funkcjonalność wyświetlania tekstu do odtwarzanego utworu. Takie mini karaoke. Do tej pory guglałam sobie tekst w telefonie sama, a teraz mam go automatycznie przewijanego w rytm każdego, wyśpiewanego aktualnie wersetu. Czasami się zastanawiam, czy sąsiedzi mnie słyszą. I co wtedy myślą. Krótko się nad tym jednak zastanawiam, bo pragnienie śpiewu jest silniejsze. W takich chwilach moja energia wzrasta.
Okruszynka dobroci
Na dobranoc to właśnie rzeczony Spotify zaserwował mi „Sunset lover” w wykonaniu Petit Biscuit. To dość szczególny kawałek. Kojarzy mi się z romansem. Uniesieniem, taką lekkością. Żywiołem naszej ludzkiej natury. Silnym i jednocześnie delikatnym. Romantycznym. Kojarzy mi się z konkretnym człowiekiem, z którym uwikłałam się w bardzo silną emocjonalnie relację tuż po rozwodzie. Bardzo trudną relację. Traumatyczną. I dziwne jest to zjawisko, że ta piosenka nadal mi się dobrze kojarzy. Jakby była katalizatorem. Odfiltrowała z tamtych wspomnień zło, a pozostawiła czyste dobro. Czuję od niej bijącą pozytywną energię, nawet jeśli podczas słuchania jej przypomni mi się tamten człowiek. To wspaniałe zjawisko. I niezwykły utwór. Z każdej relacji zostaje zawsze coś dobrego.