Sztorm

Konrad i Gustaw

Jestem skończoną idiotką. Człowiek raz dotknięty złem, skrzywdzony, sam potem to zło czyni. Krzywdzi, jak i on był krzywdzony, bo już nie wierzy, że ktoś może mieć dobre zamiary. To chore, błędne koło. Wystraszona tym, co poczułam, czymś kompletnie nowym i odmiennym od tego, co znałam do tej pory, uciekłam, jak dzikie zwierzę. Skrzywdziłam. Syknęłam, odmachnęłam ostrym pazurem i pobiegłam do kryjówki. A w niej cicho, głucho, pusto. Zimno. Tak, jak zawsze. Znany chłód. Oswojony lód. Strach przed tym, co w końcu dobre, czy raczej strach przed tym, że może być tylko gorzej, bo brak wiary nie pozwala inaczej myśleć?

Kwarantanna – dzień pierwszy.

Stało się. Od początku trwania pandemii, jakimś cudownym cudem udawało mi się unikać uziemienia, zupełnie nie licząc ogólnokrajowych lockdownów bądź mojej zdalnej pracy. Tym razem jednak trafiony. Właściwie trafione moje dziecko, bo zabrakło jej jednego dnia do pełnych dwóch tygodni od drugiej dawki szczepionki. Teoretycznie ja mogę wychodzić jako domownik. Lecz, jakże miałabym wychodzić zostawiając w domu samą pięciolatkę i sześcioletniego kota? Siłą rzeczy jesteśmy w tym razem. Na początku roku 2020 bardzo się tego bałam, a teraz? Przyjmuję ze spokojem. Przez te dwa lata wyrobiłam w sobie nawyk organizowania zakupów i w ogólności takiego zarządzania jedzeniem oraz innymi zasobami, aby przetrwać bez wychodzenia z domu przez kilka dni. A siedzenie w zamknięciu? Przecież toż to dla mnie błogosławieństwo!

Jak przerwać błędne koło?

Potrzeba do tego wiele odwagi. Takiej, która pozwala pójść pod prąd. Wyjść ze strefy względnego komfortu, bo tak naprawdę strefy bagna. Bla, bla, bla…

Ile jeszcze tego typu zdań usłyszę, przeczytam, nim w końcu poprawnie zaimplementuję algorytm zmiany?

Ilu jeszcze ludzi skrzywdzę?

Ile razy jeszcze skrzywdzę siebie?

Intuicja. Ona zna mnie najlepiej. Może to jej działanie? Może tutaj nie ma żadnego koła? Trudno, tak trudno mi teraz trzeźwo myśleć i z każdą minutą coraz trudniej. Coś silnego mnie porywa i mam coraz mniej siły, by stawiać temu opór. Nie wierzę w to, co widzę i czuję. Nie chcę tego zaakceptować. Wzbraniam się i szarpię. Chcę się wyrwać i jednocześnie dać się ponieść. Nie rozumiem, bo nie ma w tym niczego logicznego. I niesamowicie drażni mnie ten brak logiki. Napędza lęk i zagubienie. Dezorientację. To nie tak miało być. Nie tak wyglądać. Zupełnie nie tak sobie wyobrażałam. Mózg wywraca mi się na lewą stronę, a zaraz potem znów na prawą. I tak w kółko. W koło wciąż. W koło.

O losie ty! Czego to ma mnie znowuż nauczyć? O losie ty! Nie śmiej się, nie śmiej się tak ze mnie bezczelnie! Wyjaśnij, proszę… logicznie jakoś…, aby logicznie… proszę…

Zresztą, to już i tak wszystko nieważne. Skreśliłam się sama. A teraz będę cierpieć. W koło wciąż.

Sobota – dzień prania.

Wyprałam pościel. Wyprałam bieliznę. Wyprałam ubrania.

Wyprałam siebie.

Ale i tak nie czuję się czysta. Nie chciałabym się ze sobą zadawać. Taką złą i dziką. Nadwrażliwą. Wariatką. A może jednak bym chciała? Trudno o podobnych wariatów. Romantyków przesiąkniętych romantyzmem, jak sam Werter. Konrad i Gustaw. Jednak bym chciała. Dać się porwać przez ten wir. Doświadczyć czegoś spontanicznego. Oryginalnego. Pieszczącego najczulsze punkty na duszy. Zaskakującego.

Klucz leży tutaj. O, tu.

Verified by MonsterInsights