Sztorm

Słitfocie

Nasz statek niedługo zaokrętuje w porcie. Zapasy dostarczono nam z helikoptera i to na tyle pokaźne, że mogłybyśmy jeszcze wpierw opłynąć Bornholm, a potem dobić do docelowego portu w Ystad czy innym Trelleborgu. Lecz bardzo tego już nie chcemy. Chcemy się uwolnić!

Aczkolwiek kwarantanna ma swoje plusy. Jednym z nich jest możliwość nabrania dystansu do pewnych spraw, a kolejnym dokonanie licznych przemyśleń. Jest nawet i trzeci – poznanie ludzi, którymi się otaczasz. Tak więc prosty bilans wśród osób stanowiących grupę moich znajomych – bliższych bądź dalszych, wyłączając rodzinę – przedstawia się następująco:

  • liczba osób, które zapytały, jak się czujemy: 0
  • liczba osób, które zapytały, czy nie trzeba nam jakoś pomóc (np. zakupy): 0
  • liczba osób, które zwyczajnie zapytały „co słychać?”: 0
  • liczba osób, które zapytały, czy jesteśmy zdrowe: 0

Nie wygląda to jednak tak całkiem mizernie. Otóż, niemal na samym początku kwarantanny, jak na typową złośliwość losu przystało, umieszczono mi w skrytkach dwie paczki. Mimo, że ja kwarantanną objęta nie byłam, tylko moje dziecko, to wyprawa do paczkomatu oddalonego o 500m zostawiwszy samą pięciolatkę w domu, była czymś przeze mnie nie do zaakceptowania. W związku z tym, trochę z celowym zamiarem sprawdzenia, na ile co niektórym faktycznie na mnie zależy, opublikowałam post na fejsbuku z prośbą o odebranie tych paczek za mnie. Wcześniej oczywiście wybadałam dokładnie, jak maksymalnie długo paczki mogą najpierw zostać w automacie, a potem w punkcie odbioru, na ile maksymalnie można przedłużyć ich pobyt i niestety żadna z tych opcji nie pozwoliłaby zaczekać do końca naszego uziemienia. Nieodebranie na czas powoduje odesłanie do nadawcy na jego koszt. I na to absolutnie pozwolić sobie nie mogłam i nie chciałam. Na mój post odpowiedziała tylko jedna osoba. I jak to w życiu bywa – osoba, po której bym się nigdy tego nie spodziewała. Szanuję ją niezmiernie, chociaż, jak na ironię, bardzo dawno się nie widziałyśmy i nie mamy ze sobą żadnego, regularnego kontaktu.

Nie mam wielu znajomych na fejsbuku. To zaledwie garstka, nie przekraczająca sześćdziesiątki, chociaż wiem, że to straszny obciach w dzisiejszych czasach. Sądzę natomiast, że ta liczba jest i tak za duża. Szczególnie teraz tak sądzę.

I gdzie się podziali ci wszyscy moi absztyfikanci? No gdzie oni są? Gdzie ci mężczyźni?

Miałam wyrzuty sumienia. Teraz jednak widzę to inaczej. To, co zrobiłam wynikało z intuicji. Czułam pod skórą, że mam do czynienia z kimś, kto nie różni się niczym od pozostałych. Dlatego uciekłam. Dlatego dopadł mnie taki lęk. Ten sam typ. Dokładnie taki sam.

Nazywam ten gatunek „chłopcy tinderowcy”.

Jak rozpoznać? Nie tylko po koncie na wyżej wymienionym serwisie. Ale to oczywiście podstawa, jak karabin u żołnierza. To konto jest, zwykle skąpo opisowe, aczkolwiek używane często i gęsto. Czasem nie ma, by za chwilę znów się pojawić – to wchodzi w strategię działania takiego chłopca, lecz to teraz nieważne. To, co jest istotne i szczególnie charakterystyczne dla tego gatunku to niebywała wręcz umiejętność robienia kobiecie wody z mózgu. Dawanie sprzecznych sygnałów. I skrajnych. Mam wrażenie, że to wynika jednak z tego pierwszego – czyli z Tindera, gdyż dłuższe przebywanie na tymże targowisku próżności sprawia, że użytkownicy tracą zdolność zawierania znajomości, szczególnie damsko-męskich, w sposób tradycyjny. Poza Internetem.

A co jest poza Internetem?

Patrzy maślanymi oczami. Zaprowadza i odprowadza wzrokiem. Nawet zagaduje. Nagle pojawia się tam, gdzie ty. Jest wyraźnie przejęty, gdy jesteś obok niego. Robi sobie z tobą zdjęcia, jakbyś była celebrytką. I przy tym punkcie zastopuję. Czy to jakaś moda? Czy może podstęp jakiś? Zrobić sobie zdjęcie w sposób prawie nagły i nieoczekiwany, z kobietą, która wpadła w oko. Czy to gra w łapanie Pokémonów? Doświadczyłam tego dwukrotnie w dość krótkim czasie. Pierwsze takie zjawisko dało mi tak jasny sygnał, że ten mężczyzna jest mną zainteresowany, że aż w radosnych podskokach pognałam do galerii nakupić sobie nowych ciuchów za pięćset złotych! A potem żyłam nadzieją dalszych kroków, działań, sygnałów. Dźwięku wiadomości, który nigdy nie rozbrzmiał. Zdezorientowana i przez to zdesperowana sama wyszłam z inicjatywą, po której wylądowałam zlana lodowatą wodą i z kubłem na głowie. Takim twardym, blaszanym. Długo sobie jeszcze tłumaczyłam jegomościa i szanowałam. Do czasu aż nie zderzyłam się z kolejnym, który też ni stąd, ni zowąd wycelował we mnie aparatem i to na dodatek niemal w tym samym miejscu… Ale ja wiem, że nie chodziło o widoczek w tle. Zdjęcie to cyfrowe trofeum. Zdobycie kobiety polega na złapaniu jej zdjęcia. Bo wtedy ona staje się taka, jak inne w Internecie.

Jeśli komuś zależy, telefon będzie krzyczał.

Jeśli komuś naprawdę zależy telefon będzie krzyczał, ale i tak tylko wtedy, gdy akurat się nie widzicie. Bo jak komuś naprawdę zależy, to będziecie się widywać. W ten, czy inny sposób. Korzystać z okazji. Spontanicznych czy zaplanowanych. Jeśli komuś naprawdę zależy na tobie. Nie na twoim tyłku czy czymkolwiek innym. Na całej tobie, od duszy począwszy.

Nie po to się rozwiodłam, by teraz obniżać poprzeczkę. Przysięgłam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pozwolę się wpakować w podobny czy gorszy układ, w którym jestem traktowana tak obojętnie, jakbym była niewidzialna. Wolę być sama, bo potrafię być sama i dobrze mi się takim życiem żyje. Nie będę do niego wpuszczać nikogo na siłę, nikogo komu na tym nie zależy. A już na pewno nikogo, kogo nie interesuje, czy ja w ogóle jeszcze żyję.

I tak jeszcze kończąc ten sztormowy, ostatni odcinek naszego kwarantannowego rejsu. Polecam pewien utwór, który usłyszałam w studio tatuażu podczas mojej ostatniej (w sumie trzeciej) wizyty. Tak w odniesieniu do tego Internetu i kobiet w nim zaklętych.

Welcome to the Internet – Bo Burnham

Verified by MonsterInsights