W porcie

Piękne BMW

Poniedziałek, jak piątek. Dzień pracy, ale jakby wakacji. Ponuro za oknem, choć w duszy upał, jak w środku lata. Koniec kwarantanny. Pierwszy dzień wolności. Niebywałe, ile radości z czegoś tak niby banalnego!

Mówię bladym, a raczej ciemnoszarym świtem do dziecięcia mojego: „Ubieramy się i wychodzimy! Jak królowe! Jak celebrytki! Z przytupem! Czerwony dywan niech nam rozkładają!”. I tak też zrobiłyśmy.

Nie zważając na wczesną godzinę, pognałam do biura. Dość już tej „wygody” w domu. Nie rozumiałam tylko, dlaczego ci wszyscy ludzie w autobusie i tramwaju siedzieli tacy jacyś posępni.

A teraz pora na podsumowanie naszego wyjątkowego rejsu.

Zaczynałam ten czas od wyrzutów sumienia. Bo dzień wcześniej byłam umówiona na chyba randkę? Byłam i po prostu nie przyszłam. Bo nie chcę iść na randkę z kimś wobec kogo nie wiem, czy coś czuję. Żeby nie zrobić ani jemu, ani sobie kaszki w głowie. No i nie poszłam, a potem jęczałam pod pręgierzem sumienia. Totalny mętlik, a na morzu sztorm. Nie rozumiałam, co czuję. Kaszka więc i tak jakaś się już ugotowała. Jednak starałam się przyjąć ją na spokojnie, rozłożyć na czynniki pierwsze i spróbować pojąć. Proces przyswajania potrwał niemal cały okres kwarantanny. Na szczęście zrozumiałam! To, co czułam było nadzieją na związek, tęsknotą za bliskością – emocjonalną oraz fizyczną, nieśmiałą chęcią wpuszczenia kogoś do swojego życia ponownie, by sprawdzić, czy marzenie o prawdziwej miłości z niemal dzieciństwa nie jest tylko odrealnionym snem. Ale co czułam do tego człowieka? Tego, konkretnego człowieka? Niestety, tylko sympatię. Strasznie dużo i zbyt dużo rzeczy mi w nim nie pasuje, bym mogła poczuć coś więcej. To nie moja energia. Pasuje mi on, jako kolega, natomiast od potencjalnego partnera wymagam więcej. Znacznie więcej. Po każdym moim miłosnym rozczarowaniu wymagałam zawsze coraz więcej. Nie obniżę poprzeczki. Nie mogę sobie ani drugiej stronie tego zrobić.

I jeszcze jedno – w moim słowniku nie ma stwierdzenia „przecież to tylko randka”. Randka to nigdy nie jest „tylko”.

I pora na coś lekkostrawnego.

Kwarantanna to była świetna okazja do przejścia na dietę bardziej wegetariańską. Bardziej, ponieważ mięso się jakieś jednak pojawiało. Założenie jednak było takie, by zredukować je do minimum. Sprawę miałam ułatwioną, bo moje dziecko jest, jak ja to nazywam – naturalną wegetarianką. Pożera tylko parówki (od czasu do czasu), rosół na kurczaku (bez kurczaka) oraz schabowego zamówionego z jednej, konkretnej restauracji (raz na ruski rok). Uznałam więc, że nie ma sensu kupować wielkich połaci mięsa na obiad, bo ja sama także nigdy jakoś nie miałam na mięso specjalnego apetytu. Tym oto sposobem, odżywiałyśmy się przez ten czas nabiałem, warzywami, owocami, pieczywem oraz parówkami i rosołem na kurczaku. Wniosek – to jest idealna dieta dla mnie! Nie brakowało mi w niej niczego. Czułam się najedzona i lekka jednocześnie (aczkolwiek czuję, że coś mogłam przytyć – ale w granicach przyzwoitości). Zastanawiałam się wielokrotnie wcześniej i wahałam, czy nie przejść tak oficjalnie i na 100% na wegetarianizm. Niestety, to mi nie do końca odpowiada. Wiem, że w ten sposób utrudniłabym innym życie – no bo wiadomo, jak się słyszy, że ktoś jest wege i na domiar złego ma przyjść w gości, to poziom stresu i panika sięgają zenitu. Nie chcę utrudniać nikomu życia, ale też i sobie. Nie chcę marnować jedzenia, więc jeśli przykładowo przyjdę do kogoś w gości albo będę w podróży i jedyną opcją będzie zjedzenie czegoś mięsnego lub śmierć głodowa, to zjem to mięso z radością i wdzięcznością. Dla szacunku wobec kogoś, ale i siebie, by się gestapowsko nie traktować. Podsumowując zatem doświadczenie gastronomiczne z kwarantanny – zamierzam się odżywiać na tyle wegetariańsko, na ile to będzie możliwe i jednocześnie bez żadnego wege terroryzmu. A o weganizmie w ogóle nie chcę słyszeć – za bardzo kocham sery, jajka i masełko.

Swoją drogą, rośliny też czują. Nie ma idealnego wyjścia. Taki jest ten świat – trzeba zabijać, by żyć. Bo śmierć jest początkiem życia. A życie początkiem śmierci.

Jadąc z pracy tramwajem, na przystanku koło uczelni wsiadła para studentów. Bardzo młodzi ludzie tak na oko, ale przecież starych studentów jest jednak, jak na lekarstwo. Przyjrzałam im się szybko. Ona w okularach i włosach koloru blondu polskiego związanych w kucyk. On z zarostem tak wątłym, jak u nastolatków, chociaż widać, że posiada go już od paru lat, lecz coś nadal nie zgęstniał za mocno. Włosy w lekkim nieładzie i również z okularami na nosie. Wyglądali, jak typowa para geeków. W końcu to uczelnia techniczna. Pomyślałam więc, że idealnie do niej pasują. I idealnie pasują do mnie, gdy byłam w ich wieku i studiowałam na tej samej uczelni. Lgnęli do siebie. Nie przejmowali się publicznością. Nie wstydzili się czułych objęć oraz delikatnych, romantycznych cmoknięć w usta ani ocierania nosami. Przypomniało mi to mnie z tamtych czasów. Też tak się zachowywaliśmy z moim ówczesnym chłopakiem, geekiem.

Pomyślałam odruchowo: „Tacy jesteście zakochani. Niedługo weźmiecie ślub, a potem rozwód. I przestaniecie już wierzyć w wielką miłość i te wszystkie uniesienia.”.

Pomyślałam to bardzo spokojnie, bez emocji. Potem zerknęłam w szybę. Na światłach stało piękne BMW.

Pomyślałam ponownie: „O, w piękne BMW będziecie wierzyć. W to tylko da się wierzyć. W piękne BMW.”.

Nie do końca wiem, dlaczego tak pomyślałam, ale wszystkie myśli te sprawiły, że poczułam się radosna.

Verified by MonsterInsights