O, Święty Jesionie Yggdrasilu!
Może robię źle. Może sobie szkodzę. Może też szkodzę innym. Ktoś z boku może by powiedział, że potrzebuję terapii. Ktoś inny stwierdziłby, że już może nie dostanę szansy, że mój los się nie odmieni, jeśli nie wezmę tego, co jest. Jeśli nie zaryzykuję. Sama bym to sobie kiedyś powiedziała. Dziś nie chcę zbaczać z obranej ścieżki. Konsekwentnie. Uparcie. Mimo wszystko pod prąd.
Kiedy intuicja krzyczy czuję, jakbym wpadła w obłęd. I tak się właśnie wtedy zachowuję. Jak wariatka, która miota się w kaftanie. Moje wibracje spadają. Kołuję tuż nad dnem. Jest we mnie sprzeczność, której nie widzę, nie rozumiem. Mogę ją jedynie czuć. Potworny rozdźwięk między logiką a tym czymś. Jakąś wiedzą tajemną. Ukrytą, ale hałaśliwie wrzeszczącą wprost ze środka. Logika się kłóci. Potrzeby fizyczne się kłócą. Chemiczne substancje zagrzewają do wybuchu. Jedna, wielka wewnętrzna wojna z nie wiadomo czym. Czasem nagły lęk. Wycofanie. Roztrzęsienie i blokada. Innym razem ucieczka.
Nie jest jednak nigdy źle, gdy to, co złe wiem podskórnie, że uniknę. Lecz, gdy wiem, że nie uniknę, bo nie mogę, bo z jakiegoś względu bądź wielu względów to jest niemożliwe, wtedy czuję się, jakbym miała za chwilę umrzeć. Strach przed przyjęciem niezbyt przyjemnego doświadczenia wywraca mi każdą wnętrzność na drugą stronę. A wiem przecież, że nie wolno się bać. Że każde przykre doświadczenie to cenna lekcja i tak naprawdę właściwy cel życia. Po to właśnie tu przychodzimy – by stawać do walki gotowym na wszystko. Czasem myślę, że jestem dzielną wojowniczką, a innym razem sądzę, że jestem zwykłym tchórzem. I na co mi te wojownicze warkocze i tatuaże? Tak łatwo jest iść na front, gdy za sobą nie zostawia się niczego, a ciało i duch nie mają jeszcze żadnej blizny…
Obawiam się, że się zakochałam.
Modlę się do wszystkiego w co wierzę, aby mnie to nie zabiło.
„The course of true love
Never did run smooth
How much longer can they endure
Life apart bitter youth”
„Leaves of Yggdrasil” – Amalie Bruun – Myrkur