Salsa
Zbliża się magiczna godzina w magicznej dacie. Podobno kolejna taka zdarzy się za 178 lat. Podobno wszystko, co się dziś wydarzyło i wydarzy będzie miało kolosalny wpływ na nasze dalsze losy. Magia dwójek pod hasłem współpracy i partnerstwa. Wszystko wybrzmi z podwójną siłą. Tylko, dlaczego ja jakoś tego nie czuję?
Nie czuję niczego nadzwyczajnego w tym, jakże niezwykłym ponoć dniu. No może poza niebywałym natłokiem zajęć, który mi dziś towarzyszył. Taki, który uwielbiam – balansowanie na krawędzi wytrzymałości, braku tchu, braku przerwy i odpoczynku, a wszystko po to, by na wieczór wreszcie siąść z satysfakcją i krzyknąć w myślach „Ha, przetrwałam! Jestem najlepsza! Jestem zwycięzcą!”.
Może to właśnie jest ta magia? Może miałam zupełnie inne oczekiwania, wobec tego dnia, którego magiczność zresztą o mało nie przeszła mi koło nosa, gdyż dowiedziałam się dziś o niej dopiero w ciągu dnia. Pomiędzy moimi ukropami.
A co, jeśli te nasze wszelakiej maści oczekiwania zabijają każdą magię? To było pytanie z serii „Eureka! Odkryłam Amerykę!”. Dziękuję państwu serdecznie.
Gdy ostatnio moje zawiłe drogi delikatnie zeszły się z Tobą, poczułam ze środka, że niezależnie, co zrobię, to i tak się wydarzy. Że jesteś mi przeznaczony. Nie wiem, czy na zawsze, ale wiem, że tego nie ominę. To poczucie mnie przeraziło. Poczułam lęk, jakiego nigdy wcześniej nie czułam. No bo przecież zupełnie nie tak sobie Ciebie wyobrażałam! Z jednej strony zupełnie tak, ale jakoś kompletnie inaczej. Oczekiwałam kogoś innego. Ale kogo? Sama nie wiem do końca. Przywołałam z pamięci, a w zasadzie nie musiałam przywoływać, bo ciągle mam w głowie żywy głos wróżki, która kilka lat temu powiedziała, co czeka mnie po rozwodzie w kwestii uczuć. I według jej słów to Ty jesteś zupełnie nie taki. Chociaż może i jednak jesteś? Tak naprawdę to ja nie wiem, co mi się nie zgadza. Natomiast wiem jedno. Cieszę się, gdy Cię widzę. Uwielbiam z Tobą rozmawiać i spędzać czas. Zawsze potrafisz wzbić mnie na wyższy poziom wibracji, gdy mówię o jakichś dramatach. Tak inteligentnie potrafisz poprowadzić konwersację. Czasem nawet z nutką chili, ale zawsze z wyczuciem. Twój zapach mnie hipnotyzuje. Nieświadomie zerkam na Ciebie spomiędzy monitorów. Wyczuwam, kiedy podejdziesz i kiedy zagadasz. Lubię słyszeć Twój pełen ciepła głos. Ciepła i męskości zarazem. Widzę w Twoich błękitnych oczach taką siebie, jaką zawsze chciałam się widzieć. Jestem Ciebie ciekawa. Śledzę Cię po kryjomu w Internecie. Znam Twoją numerologię oraz znak zodiaku. Twój dotyk jest magiczny. Znasz chyba większość moich największych dziwactw, a mimo to przede mną nie uciekłeś. Mnie te Twoje jakoś też specjalnie nie odstraszają. Cenię sobie tę oryginalność i wyjątkowość. Czuję, że pokochałam Twój umysł.
Przychodzi mi na myśl jedna scena z serialu „Most nad Sundem”. Jedna z finałowych. Saga i Henrik patrzą na siebie i rozmawiają o ich wspólnej przyszłości. Jest zawahanie, rozdarcie, niepewność. Wiele się między nimi wydarzyło wielkich rzeczy. W końcu temat zostaje tak maksymalnie pozytywnie, jak to tylko do Skandynawów podobne, uwieńczony stwierdzeniem Henrika, że, parafrazując, „pomimo tych wszystkich traum, które przeszliśmy to i tak nieźle się trzymamy”.
My też jesteśmy poturbowani. Byliśmy rozjechani czołgami nie raz. Ale jakoś powstawaliśmy. Pozszywaliśmy swoje cząstki. Zacerowaliśmy dziury. Nie jesteśmy już idealni ani piękni ani zbyt młodzi. Jesteśmy na swój sposób dziwaczni. Nieufni i kontrolujący swoje emocje. Opancerzeni. Zlodowaceni. Ale i tak nieźle się trzymamy.
Chciałabym kiedyś zatańczyć salsę na plaży. W białej, zwiewnej sukience. Przy zachodzącym w morzu, ciepłym słońcu.