Sztorm

Kropka

Trzask i prask. Nie ma i nie było nas. Czwartek dzień Thora. Czwartek dniem ostatecznym. Jak wielki czwartek trzy lata temu, roku pańskiego dziewiętnastego, dnia kwietnia osiemnastego. Droga po rozwodzie nie jest ani łatwa ani bezbolesna. Ale i tak lepsza. Dziś cierpię, ale to i tak nieporównywalne.

Zamienić chcę tę energię w nowy twór. Zrodził się we mnie pomysł. Dość już tych emocjonalnych wyrzygów z mojego wnętrza. Brzydkich, choć szczerych. Zamierzam stworzyć MiniBooka. I jeszcze nie wiem, czy ta nazwa jest ostateczną. Okaże się w kolejnym wpisie.

Po słonecznym, ciepłym dniu nadeszła zimna noc. Nawet nie wiem, z jaką prędkością mogłam iść ciemnymi ulicami. Amon Amarth na maksa w słuchawkach – oczywiście, że „Crack the sky”. Szłam środkiem jezdni, jak w amoku. Patrzyłam w niebo. Tam gwiazdy. Nie było błyskawic. Były one we mnie. W głębi serca. Nie czułam zimna, bólu uszu ani niczego poza przeszywającym, rozrywającym żalem.

Kiedyś, całkiem niedawno, chciałam zagnać dziecko do łóżka po hiszpańsku, jako że uczy się już hiszpańskiego w przedszkolu. Zawołałam, więc: „Vamos a la… senga??” – zapomniałam, jak jest „łóżko” po hiszpańsku. Pamiętałam za to, jak jest po norwesku i automatycznie to mi się połączyło. Po dłuższym namyśle w końcu sobie przypomniałam – „la cama”. Zaśmiałam się. Powiedziałam sobie, że to niebywałe, bo języki pieprzą mi się w głowie, jak króliki. Ale, że akurat norweski z hiszpańskim? Jak to w ogóle możliwe? Nie wierzyłam. A jednak było możliwe.

Było. Kropka.

Verified by MonsterInsights