MiniBuka: strona trzecia
Kolejnego dnia złapała się na tym, że chciała go tam spotkać. Morze morzem. Medytacja swoją drogą. To wszystko jednak nie miało aż takiej mocy, gdy jego nie było obok. Nie musiał nic mówić. Jego obecność stanowiła wszystko. Absolutnie wszystko to, czego podświadomie pragnęła, choć jeszcze tak bardzo się przed tym wzbraniała. Najciekawsze, że nie wiedziała kim on w ogóle jest. Jakiś człowiek znikąd. Wyglądem niepodobny do nikogo. Tak bardzo odbiegający od wszelakich wyobrażeń i to właśnie było tak intrygujące. Nikt tu nie przychodził. Nikomu nie przeszło nawet przez myśl, by zjawiać się na takim odludziu. Poza nim. I nią. Byli w tym razem. Na zapomnianym kawałku morskiego wybrzeża. Modlili się tu razem. Zapatrzeni w siną dal. Niczym para rozbitków wyrzuconych na dziką plażę, którzy cudem ocaleli po ciężkim sztormie. Ich okręty dawno poszły na dno, ale ich siła woli wystarczyła, by utrzymać się na powierzchni i dać się wypluć na ląd. Poranieni, osłabieni, nieufni. Rozdarci w środku, rozdarci na zewnątrz. Ale ciągle w pełni ducha walki. Uparci. Wytrwali. Choć słona woda, wiatr i piasek dawno zasuszyły im usta, oni gotowi są krzyczeć i powstać na nowo. Patrzą na siebie niepewnie. Nieufnie. Przeświadczeni złem, które ich wydrążyło. Bo gdy przejdzie się przez piekło nawet delikatny, niewinny podmuch ciepła wywołuje reakcję obronną. Często agresję. Zachęca do ataku, bo a nuż jest zwiastunem trawiącego pożaru, którego macki są tak zjadliwe.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– Skąd jesteś Mario? Nie wyglądasz na miejscową.
– A czy nie miejscowa przesiadywałaby w tak nudnym miejscu?
– To zależy.
– Od czego?
– Jak bardzo ta nie miejscowa pragnie spokoju.
– Miejscowa może pragnąć go bardziej. O tej porze roku wybrzeże jest oblegane. Na strzeżonych plażach roznoszą gotowaną kukurydzę. Ile można tego słuchać?
– Miejscowi tego nie słuchają. Albo sami nawołują albo wykonują inną w tym czasie pracę.
– Prawda.
– A więc, Mario?
– Jestem z południa.
– To jak i ja – uśmiechnął się delikatnie patrząc przed siebie. Zrozumiała i również się zaśmiała wpatrzona w zachodzące słońce.
Tego dnia morze przypominało jezioro. Spokojna tafla mieniła się niemal wszystkimi kolorami. Od różu, poprzez metaliczny seledyn aż do głębokiego błękitu. Powietrze stało w miejscu i ogrzewało. Bezchmurne niebo pozwalało niemal dojrzeć szwedzkie porty. Dziś posiedzieli nieco dłużej niż zwykle. Było tak przyjemnie. Tak błogo. Aż chciałoby się zatańczyć salsę na piasku. Na boso.