MiniBuka: strona szósta
Dni jego urlopu mijały tak, jak poprzednie. Nie poddawał się i konsekwentnie przychodził popołudniami w to samo miejsce. Już nie tylko dla siebie. Teraz także i po to, by może jednak ją tam znów spotkać. Nie był głupi. Spodziewał się, że mogła po prostu wrócić do domu i nigdy więcej się nie zobaczą. Ale nadzieja ciągle tliła się mocno w jego sercu. Nie rozumiał, dlaczego to czuł i dlaczego mu tak zależało. To przecież jakaś obca kobieta, z którą wymienił niemal tyle słów, ile wymienia się z ekspedientką w piekarni bądź z fryzjerem. Rzecz niestety w tym, że logika nie odgrywała w tej sztuce głównej roli. I tego również nie potrafił zrozumieć.
Gdy nadszedł ostatni dzień jego pobytu na tym niezwykle pięknym, nadmorskim pustkowiu, nie umiał w pełni wykorzystać czasu. Był jakiś rozbity, rozkojarzony. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nie pragnął wcale wracać, ale i tutaj już nic go jakoś specjalnie nie porywało. Poprzeglądał zdjęcia – uznał, że udało mu się uchwycić, co najmniej kilkanaście świetnych obrazów. Właściwie tak idealnych, że wyprawa na polowanie na kolejne, jeszcze lepsze widoki nie miała zbytnio sensu. Kilometry, które pokonał pieszo wzdłuż wybrzeża znał już na pamięć. Nie było sensu ponownie ucierać tych szlaków. Z kafejek, które odwiedzał po drodze wypróbował wszystkie możliwe wypieki oraz rodzaje kaw. To wszystko było naprawdę świetne. Spacery, zdjęcia, widoki, ciastka i kawy. Ale teraz nie tego potrzebował. Tęsknił. Tak ciężko to do niego docierało. Coś go uwierało i nie miał pojęcia albo raczej nie chciał sobie na głos tego uświadomić, co to tak naprawdę było. Tęsknił. Tak po prostu. Za nią.
Męskie ego się temu sprzeciwiało. Krzyczało mu w głowie, że rozczulił się i pozwolił wyrwać emocjom, jakby był dzieckiem. To takie niemęskie – zatęsknić za nieznajomą i wspólnym z nią milczeniem. Jeszcze na dodatek w takiej scenerii. Sytuacja, jakby żywcem wyrwana z taniej telenoweli. Powinien był teraz oddawać się rozmaitym rozrywkom, swoim sprawom, myśli zaprzątać wyłącznie tym, co znane, a nie takie dzikie i obce. Nie rokujące. Nade wszystko nie rokujące. Logika była bezlitosna.
Pozbierał siebie i swoje rzeczy do walizki. Upchnął byle jak. Podobnie, jak swoje rozbite myśli. Wybrał się po raz ostatni na kamienny cypel. Nadzieja to wyjątkowo wredne i uparte stworzenie, którego niełatwo jest się pozbyć albo unicestwić. Lecz teraz otrzymała poważny cios. Czas wracać. Nie ma już nic. Tylko dzikie, zadziorne morze.