MiniBuka: strona dziesiąta
Siedziała znów w swoim ulubionym miejscu na kamiennym cyplu. Idealnie na środku, nie musząc już z nikim dzielić się przestrzenią. Wzburzone, jesienne fale niesione arktycznym, mroźnym wiatrem zachłannie wdzierały się na usypany, skalno-betonowy, wąski pas. Jeszcze trochę, a zostanie on całkowicie odcięty od lądu. Podczas zimowych przypływów zamienia się w maleńką wyspę. To ostatni moment, by móc tutaj pobyć przed kilkumiesięczną niedostępnością.
-Dlaczego nie chcesz dać mu szansy? – zapytała ją w swoim dobrze znanym, łagodnym, dobrotliwym, ale i przenikliwym tonie.
-A dlaczego pytasz? Przecież wiesz doskonale… – odwróciła od niej wzrok. Chyba obawiała się tej konfrontacji.
-Powinnaś odciąć przeszłość. Tak jak niedługo fale odetną to miejsce od świata. Ale ty powinnaś to zrobić raz na zawsze. Bezpowrotnie.
-Powinnaś… powinnam… – narastała w niej irytacja. – Tego nie da się zrobić nigdy do końca. Nie wymażę sobie pamięci. Nie zapomnę tego, czego się nauczyłam. Zwłaszcza w tak silnych i tak paskudnych emocjach.
-Nie zapomniesz tego, czego się nauczyłaś. Tutaj jest klucz.
-On jest taki sam. Rozumiesz? Taki sam…
-To niemożliwe.
-Co ty możesz wiedzieć?! Żyjesz tu… W ten sposób… Żyjesz zupełnie innym życiem. Nie masz pojęcia…
-Ale wiem, że to niemożliwe. Czysta logika.
-Czysta logika mówi mi, że on zdradza dokładnie te same cechy i zachowania, którymi odznaczali się dwaj poprzedni. A więc z czystej logiki wynika, że on jest dokładnie taki sam.
-Nie jest, Ido. Nie jest. To niemożliwe.
-Daj spokój… Proszę…
-On nie może być taki sam, bo jest zupełnie innym człowiekiem. Każdy człowiek jest niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju.
-Ech… no dobrze… Zatem masz rację. Zgadza się – on nie jest taki sam jak dwaj poprzedni. I ci dwaj poprzedni są od siebie różni i różni od niego. Ale wiesz co? Cała ta trójka należy do tego samego zbioru. Do tej samej kategorii. Gatunku. Zatem ich naczelne cechy są bardzo do siebie zbliżone, a niektóre wręcz identyczne.
-To tak jak ty i ja prawda?
Spojrzała skonfundowana w jej duże, szafirowe oczy. Nie mogła się z nią nie zgodzić, choć zabrakło jej mocy, by powiedzieć to na głos. Powoli zaczynała rozumieć jej przesłanie.
-A co z twoim bursztynem, którego tak usilnie poszukujesz? – dostrzegając jej zadumę oraz przełamanie na poznanie sedna, postanowiła drążyć temat bardziej agresywnie, aczkolwiek z nieco innej beczki.
-Jeszcze nie znalazłam – odpowiedziała dość niepewnie i za chwilę dodała – to znaczy wiesz dobrze, że znalazłam sporo drobnych latem, ale… – zawahała się jeszcze mocniej i zrobiła dłuższą pauzę.
-Ale żaden nie był dość idealny? – dopowiedziała za nią lekko się uśmiechając. – A ten, który znalazłaś trzynaście lat temu był?
-Tak wtedy sądziłam. Byłam pewna, że to prawdziwy bursztyn…
-Otóż to. Uwierzyłaś w coś, co było tylko złudzeniem. Uwierzyłaś w ducha Ido. A tymczasem, zaledwie parę tygodni temu znalazłaś tutaj garść najprawdziwszych bursztynów. Drobniutkich. Niektóre, jak ziarnka piasku. Jeden za to był całkiem pokaźny i pięknie się na ich tle wyróżniał. Nauczona doświadczeniem, tym razem miałaś pewność, że to prawdziwe kamienie. Umiałaś je przetestować, przeskanować wzrokiem, odróżnić od reszty. Zresztą, samo miejsce, z którego je tak mozolnie i starannie wyczesałaś dawało ci sporą dozę pewności, że to nie są ani zmatowione solą szkiełka ani pospolite piaskowce. I teraz, mimo tych wszystkich dowodów, pragniesz o nich zapomnieć, czy też tylko o tym jednym? Bo nie jest dość… No właśnie, jaki?
-Sama nie wiem… Coś jest nie tak… Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym się dowiedzieć, co…