MiniBuka: strona dwunasta. Finałowa.
Jak zwykle w niedzielny poranek krzątała się między sypialnią, łazienką a pokojami dzieci. Powoli i subtelnie budziła ten dzień. Odsuwała zasłony, uchylała okna by wpuścić rześkiego, letniego aromatu świeżego powietrza, włączała suszarkę na wysokie obroty by wymodelować właśnie umyte włosy. A gdy całe towarzystwo, ze zwierzakiem włącznie, zaczynało dawać oznaki życia, wtedy zawsze wymierzała im cios ostateczny – zabierała się za pieczenie gofrów. Nim pierwszy zdążył opuścić gofrownicę, przy stole siedziała już cała trójka. Czwórka – licząc jeszcze stąpającego z zaciekawieniem po kuchennym blacie kota.
-Kochanie, to prawdziwe, królewskie śniadanie. Jak z pięciogwiazdkowego hotelu! – zachwycił się patrząc raz nią, a raz na chrupiące gofry. Błękitne oczy promieniały na jego uśmiechniętej twarzy.
-A jutro pojedziemy do takiego hotelu? – zapytała dziewczynka.
-Nie, to nie będzie pięciogwiazdkowy hotel ani w ogóle hotel, ale zobaczysz, że spodoba ci się jeszcze bardziej – odpowiedziała krojąc truskawki.
-Pięciogwiazdkowy hotel jest tutaj – dodał.
-To, gdzie będziemy spać? – dociekała dziewczynka.
-W małym, drewnianym, niebieskim domku. Na wydmie. Tuż przy morzu – uśmiechnęła się, a wzrok uciekł jej w górę, by oczami wyobraźni przywołać ten widok.
-A nie będzie za mały? – dziewczynka dalej drążyła.
-Absolutnie nie. Będzie wystarczający. Zaufaj mamie – mrugnął do dziewczynki i tajemniczo się uśmiechnął.
-A będą tam syreny? – zapytała w swojej dziecięcej szczerości z absolutną powagą.
-Oczywiście! – odpowiedziała jej bez wahania. – Nie wiem, czy cała ławica, ale jedna z pewnością… – dodała tajemniczo. – No, wszystko gotowe. Możemy jeść – uśmiechnęła się i usiadła razem z nimi przy stole.
Mały chłopiec nie umiał jeszcze mówić, ale zdawało się, że wszystko doskonale rozumiał. Uśmiechał się radośnie i gaworzył po swojemu. On również nie mógł się doczekać jutrzejszego wyjazdu.
Po śniadaniu nadszedł czas na pakowanie walizek oraz odhaczanie kolejnych punktów na liście rzeczy potrzebnych na wyjazd. Ścisła logistyka oraz organizacja przy dwójce dzieci oraz kocie to podstawa działania. Chociaż mogłoby się to wydawać uciążliwe i nierzadko było, to kochali ten ukrop, to zamieszanie. Ich dom żył. Oni żyli na pełnych obrotach. Płynęli na pełnych żaglach. Szczęśliwi i ciągle mocno w sobie zakochani. Tak, jak gdyby dopiero, co się poznali i sobą zauroczyli. Jak gdyby wcześniejsze trudy, nieporozumienia oraz rozłąka nigdy nie miały miejsca. Ich uczucie przetrwało wszelkie sztormy. By wypłynąć na spokojne, szerokie wody. Zdali egzamin poprawkowy śpiewająco.
-Witaj Ido. I co, jak to było z tym bursztynem? – zapytała z rozbrajająco szerokim uśmiechem. Tym razem wynurzyła się i usiadła obok niej na kamiennym cyplu.
-On był ciągle obok. Tuż obok. Najprawdziwszy. Jedyny – zamyśliła się błogo. Jej twarz lśniła tak samo, jak promienie zachodzącego słońca iskrzące się na spokojnej, jak jezioro morskiej tafli. – A ty się nie boisz, że ktoś cię zobaczy? – zapytała nagle.
-Mnie widzi tylko ten, kto we mnie wierzy.
-To kim ty tak naprawdę jesteś?
-Miłością.
I wskoczyła z powrotem do morza. Jej ogon zawadiacko uderzył o powierzchnię, ochlapując jej białą sukienkę.