W porcie

Inni

Tak, jak kocich wcieleń jest dziewięć, tak i psychosnów tyle się objawiło. Przynajmniej w pierwszej, dość mrocznej ich odsłonie. Może będzie kolejna seria, a może nie? Zdradliwa wena wyjechała na urlop. W związku z czym i ja uwalniam się od jakichś reguł. Oficjalnie zatem pragnę ogłosić, że psychosen dziewiąty był ostatnim. Być może w serii, a być może tak ostatecznie i definitywnie. A być może nagle pojawi się dziesiąty? Nie wiem, gdzie tym razem mnie poniesie. Ale poniesie na pewno.

Temat, który chciałabym dziś podjąć przyszedł do mnie sam. I jest on stary, jak świat. I przychodził do mnie nie raz, jednak teraz spojrzałam na niego innym okiem. Plotki. Plotki oraz ocenianie innych po okładce. Myślę, że każdy mógłby napisać w tej kwestii niejedną powieść i ciągle temat nie będzie wyczerpany. Dlatego dziś biorę na warsztat jeden, konkretny przypadek.

Przedszkole. Od jakiegoś czasu razem z moim dzieckiem uczęszcza do grupy pewien chłopiec. Zwrócił on moją uwagę praktycznie od razu, bo po pierwsze dołączył w środku roku przedszkolnego oraz jakoś też mniej więcej w środku trwania całej tej przedszkolnej edukacji, a po drugie widząc jego rodziców pomyślałam, że to mogą być dziadkowie. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, bo nie raz to dziadkowie odbierają bądź przyprowadzają dzieci. Szybko się jednak okazało, że to nie są dziadkowie, a właśnie rodzice. W tym momencie temat dla mnie został zakończony. Z mamą tego chłopca często się mijałam w drodze do lub z przedszkola, bo najwidoczniej mieszkają niedaleko i zawsze miło sobie powiedziałyśmy „dzień dobry”. I tyle z mojej strony. Nie interesowałam się, bo nie miałam żadnego powodu. Sytuacja taka sama, jak z innymi dziećmi i ich rodzicami – dzieci chodzą do przedszkola, rodzice zaprowadzają i odbierają. Nic się nie dzieje. Chłopiec zgrał się z grupą, a przynajmniej moje dziecko nie zgłaszało nigdy żadnych uwag, żeby coś było z nim nie tak. Podsumowując – codzienna rutyna nie została w żaden sposób zaburzona tym, że to dziecko dołączyło do grupy.

Najwidoczniej to tylko moja i mojego dziecka rutyna nie została zaburzona.

Całkiem niedawno dowiedziałam się, że ten chłopiec, a przede wszystkim jego rodzice stali się ofiarami jakiegoś hejtu ze strony innych rodziców. Za co? Tego właściwie nie rozumiem, bo przecież nie znam tych ludzi. Inni rodzice zapewne tym bardziej ich nie znają. Ale wiedzą lepiej. Bo tak.

Gdy miałam okazję się spotkać z rodzicami innych dzieci w szerszym, wspólnym gronie, wówczas tematem numer jeden stał się właśnie ten chłopiec i jego rodzina. Co mówili? Że rodzice wyglądają, jak dziadkowie – tak, to naprawdę był argument to hejtu. Rodzisz dziecko po czterdziestce? Będziesz na językach. Nawet w dzisiejszych czasach, gdzie przeciętny trzydziestolatek choćby i chciał, to nie jest w stanie jeszcze planować zakładania rodziny, bo nie jest dość ustabilizowany życiowo. Ale to nieważne.

Kolejny zarzut – że dziecko śmierdzi papierosami (oraz wszystko, co z domu przyniesie jest przesiąknięte dymem, jak z popielniczki). Palenia nie pochwalam w ogóle, a już w szczególności w obecności dzieci. Ten zarzut zatem zrobił na mnie największe wrażenie. Ale z drugiej strony, za każdym razem, gdy mijałam się z tą kobietą na chodniku, w szatni czy gdziekolwiek, to jakoś nie czułam żadnego tytoniu. Może to z moim węchem jest coś nie tak? Przysiąc bym mogła, że mam alergię na dym papierosowy, bo zwykle nim ktoś chociażby wyciągnął zapalniczkę to ja już się skręcałam i dusiłam. Może jakimś cudem to przeczulenie mi przeszło?

Następne oskarżenie – że dziecko nie mówi. Przy okazji rozmaitych, przedszkolnych przedstawień młody miał do powiedzenia jakiś wierszyk czy jego fragment i coś tam zawsze wydukał. Może i było niewyraźnie, jednak niejedno inne dziecko mówiło w bardzo podobnym stylu. Ja nie zwróciłam na to szczególnej uwagi przynajmniej. Moje dziecko z kolei raz tylko przekazało mi ciekawostkę, że ten chłopiec dziwnie mówi. Dziwnie, bo dziwnie, ale jednak mówi. Rzeczywiście, raczej do radia by się w tej chwili nie nadawał. W każdym razie – ja nie mam pojęcia, dlaczego mówi tak, a nie inaczej i nie mam pojęcia czy jego rodzice coś z tym robią, czy nie. Jedno tylko mogę wysnuć – jeśli posłali dziecko do prywatnego przedszkola, w którym zajęcia z logopedii są w standardzie, to chyba im zależy, by mały się dobrze rozwijał. Mogę się oczywiście mylić.

A no i rzecz jasna – kwestia prywatnego przedszkola. Dlaczego tacy rodzice, co – powtórzę – są starzy, palą, jak patologia i zaniedbują dziecko – w ogóle posyłają dziecko do prywatnego przedszkola? Jakim cudem ich było na to stać? Dowiedziałam się zatem, że takie przedszkola są tylko dla „lepszych” ludzi. I kompletnie nie rozumiem, co to znaczy. Ja jestem przecież rozwódką, czyli powszechnie dobrze znanym typem człowieka, którego zalicza się do gorszego sortu. I pytanie brzmi – czy na mnie i mojego exa również wywiązał się hejt w związku z tym? Jakby nie patrzeć inne dzieci mogą się poczuć zdemoralizowane, ponieważ to nasze ma dwa domki i raz mieszka w jednym, a raz w drugim. Sama już teraz nie wiem, czy my tam jesteśmy akceptowani. Patrząc na przypadek tego chłopca obstawiam, że nie. Ale skoro jednak z nami gadali i wykładali te sensacje, to może tak jakoś trochę, wbrew pozorom, nas tolerują?

A co mi intuicja podpowiada? Że hejt na chłopca i jego rodziców ma podłoże tylko i wyłącznie finansowe. Jego rodzice są prostymi ludźmi, ciężko fizycznie pracującymi. Nie jeżdżą luksusowym samochodem, nie wiem, gdzie mieszkają, ale zapewne nie jest to willa z basenem (lub przynajmniej tylko willa), nie zajmują wielce stanowisk w korporacjach, nie wyglądają, jakby byli stałymi bywalcami siłowni czy salonu piękności, nie noszą markowych ubrań ani gadżetów. Jedno tylko widzę i mogę z dużą dozą uznać za prawdę – starają się, jak mogą, bo inaczej ciężko byłoby mi wytłumaczyć zapisanie chłopca do naprawdę dobrego i wcale nie taniego przedszkola. Gdyby używki były ważniejsze, to przecież woleliby wydać pięćset plusa na papierochy i wódę, zamiast na prywatne przedszkole, gdzie w okolicy jest kilka publicznych. Czyż nie? Być może. Tego jednak nie wiem. Nie znam tych ludzi i ich sytuacji. Dlatego przez ten cały czas, gdy mały uczęszczał do przedszkola, nawet mi do głowy nie przyszło, by się zastanawiać. Zrobiłabym to tylko wtedy, jeśli jego obecność w grupie spowodowałaby jakieś zamieszanie. Ale nic takiego nigdy nie miało miejsca. Chłopca też nigdy nie widziałam zaniedbanego, nieszczęśliwego czy w jakichkolwiek negatywnych emocjach.

A co, jeśli rodzice tego chłopca jednak mieszkają w willi z basenem i jeżdżą czerwonym ferrari? Jedynie nie chcą tego pokazywać. Zakładając taki scenariusz, jeśli hejtujący rodzice by się o tym dowiedzieli, to czy nadal mówiliby to, co mówią?

I ciągle nurtuje mnie pytanie – skoro takie rzeczy wygadują na ich temat, to co mówią o nas? Jestem prawie pewna, że coś mówią. I tak, co prawda zrobiłabym równe nic z tą wiedzą, lecz ciekawość, jak daleko sięga ludzka fantazja niewątpliwie mnie fascynuje oraz intryguje.

Verified by MonsterInsights