Na pełnym morzu

Zodiakara

Pełnia w koziorożcu. O ja pierdolę. Superpełnia nawet. Ostatnie dni to był prawdziwy roller coster. Zwykle nie przeklinam, ale lepiej tego ująć nie idzie – no po prostu ja pierdolę. Przetrwałam i myślę, że nawet całkiem nieźle. Teraz jestem szczęśliwa, chociaż lały się łzy, nachodziła agresja. To jest właśnie prawdziwe szczęście. Gdy przejdziesz przez trudny czas. Wytrzymasz więcej. Czy zatem można uznać, że całe zło, które nas spotyka tak naprawdę jest dobre, bo według zasad logiki prowadzi do dobra? Pod warunkiem, że się oczywiście nie poddasz.

Oj, znam ja jednego Koziorożca. Tak, z dużej litery, bo mam na myśli konkretną osobę. Jestem trochę zodiakarą. Dlatego sądziłam, że się z tym Koziorożcem idealnie dogadamy. Sama jestem bykiem, więc teoretycznie to naprawdę świetnie rokowało. Ale tak coś nie bardzo wyszło. Aczkolwiek z drugiej strony – może właśnie to było dobre zakończenie? Najlepsze dla naszych dusz. Wierzę w to. (Albo nasze ascendenty były w ostrej opozycji – ja jestem w końcu skorpionem…)

Popatrzyłam dziś na swoje kredyty. Lipcowa rata hipotecznego, która, całkiem nowa po aktualizacji stóp, zostanie niedługo pobrana, wprawiła mnie we wzruszenie oraz lekką nostalgię. Ona sama, ta sama jedna rata hipotecznego wynosi prawie tyle ile moja pensja netto, gdy byłam na początku swojej kariery. To piękne i smutne zarazem. Ale postanowiłam jedno – gdy spłacę ten kredyt, to zatrudnię sobie pracownika i wypłacę mu równowartość tej raty. Tak. Tak zrobię. Bankowo!

Poza tym, mam jeszcze dwa gotówkowe. Jestem w dupie. Wszyscy są w dupie. Co można zatem zrobić? Urządzić się w tej dupie, umeblować, przynieść kwiatki i zapalić świeczki, a potem odpalić muzykę i zrobić drinki. Zaszaleć. Poimprezować. Teoretycznie każda rewolucja w dupie prowadzi do ujścia. To jedyna droga ratunku.

Niczego absolutnie nie żałuję. Gdybym miała brać te kredyty ponownie z tą wiedzą, co się stanie, którą mam teraz, to i tak bym je wzięła. Nie wiem, jak długo jeszcze przyjdzie mi trzymać obecny poziom życia, ale było warto! Kocham te swoje luksusy i zdecydowanie było warto zaryzykować, by z nich pokorzystać choćby przez krótki czas. Miałam tyle epizodów depresyjnych w swoim życiu, że nie jestem w stanie ich zliczyć. Miałam miliony myśli samobójczych. Jako nastolatka cięłam się po rękach – cyrklem, szpilkami, igłami. Ale kocham żyć! I kocham przechodzić przez te turbulencje, by potem być z siebie dumną, że przetrwałam, że byłam dość silna i dość dobra. Tak sobie myślę, że kocham swoją ambicję, bo to ona zawsze mnie ratowała – „No co, ty nie dasz rady? Poddasz się teraz? Przecież to najłatwiej tak przeciąć tę żyłę! A nie jesteś ciekawa, co się potem stanie? I tak żyjesz w Matrixie. To może być równie dobrze jakiś sen. Jeśli jesteś naprawdę silna, to sobie poradzisz.”.

Dziękuję ci moja wewnętrzna esesmanko!

Jutro idę sama na wesele kuzyna. Cieszę się, jak cholera! Cieszę się, bo po trudnym czasie będę miała okazję do zabawy i rozluźnienia. I tak jakoś nagle przestało mi przeszkadzać, że idę sama. Mogę tańczyć sama. Mogę sama pić nawet, bo po rozwodzie to mi się często zdarzało. I choć to było ryzykowne oraz słabe, to akurat w tym czasie potrzebne. Najważniejsze, że nie straciłam kontroli. Sama mogę wszystko, bo mając siebie mam wszystko.

Ścięłam włosy niedawno. Moje dziecko z tego powodu mianowało mnie „sukienkowym tatą”. Jej się nie podoba, ale z drugiej strony podoba jej się, że ma teraz dwóch tatusiów. To takie wyzwalające. Z każdym ściętym kosmykiem odczuwałam ulgę. Zabrzmi to absurdalnie, ale o mało nie dostałam orgazmu u fryzjera. Fryzjerki dokładnie. Tym bardziej zatem to niedorzeczne. Ale tak – czułam ulgę i szczęście. Znam takiego jednego Barana – tak z dużej, bo to wskazanie na konkretną osobę spod tego znaku zodiaku. On twierdzi, że kobieta z krótkimi włosami jest całkowicie niekobieca. No to mój drogi – oto męska ja! Mam nadzieję, że już nie będziesz chciał mnie uwieść i zgwałcić emocjonalnie. Mam nadzieję, że oto właśnie ostatecznie się od ciebie odcięłam. Dosłownie i w przenośni.

A na zakończenie Bliźnięta. Czyli nikt inny tylko mój ex o dwóch twarzach, jak na rasowego Bliźniaka przystało. Tak jakoś dziś sobie z nim przyjacielsko pogadałam przy okazji wymiany rzeczy Adoliny, bo zmiana tygodni. Nie darzę go już głębszymi uczuciami i wiem, że to się nie zmieni, ale przyznać muszę, że mamy ze sobą naprawdę zdrowy kontakt. Widocznie jest nam lepiej osobno niż razem. I to jest właśnie happy end.

(No na logikę – jakże byk z bliźniętami mógłby się na dłuższą metę dogadać? I to jeszcze byk z ascendentem w skorpionie!)

Za to mamy cudowne dziecko spod znaku Raczka! (Z ascendentem w pannie! Woda i ziemia. To moje dziecko. To bardzo moje dziecko 😉 )

Verified by MonsterInsights