Poranna toksyna, która wybacza, lecz nie zapomina
Słuchając energicznej, metalowej i niemieckiej muzyki spotykają mnie ciekawe rzeczy. Zapewne wielu uzna mnie za dziwną, ale tak – przyznaję – język niemiecki brzmi dla mnie naprawdę dobrze. Właściwie bardzo delikatnie to ujęłam. Lubię słuchać niemieckiej muzyki. A to mi tylko przypomina, że powinnam odświeżyć sobie ten język. Zadbałam trochę o skandynawskie ostatnimi czasy, ale jeszcze jest niemiecki, o którym nie chciałabym zapomnieć.
To niesamowite. Jeszcze przed chwilą niebo było szaro-granatowe. Mimo dość wczesnej pory zrobiło się strasznie ponuro i smutno. A po paru minutach, tak nagle, przebiło się zachodzące, ostre słońce i mam już nad sobą kopułę ze złoto-różowych chmur, miejscami wybijającymi w błękit. Wszystko może się odmienić w jednej chwili. To, czego spodziewamy się najmniej lub wcale, może się tak po prostu zjawić, zadziać, zmaterializować. Ostatnia umiera nadzieja.
Podobno mam dziś imieniny, o czym niemalże bym zapomniała, gdyby nie spływające zewsząd życzenia. Wiem, że w tym kraju to ciągle bardzo ważne święto, lecz ja, jakoś tak sama nie wiedzieć, kiedy i jak, po prostu od tego odpłynęłam. Zdaję sobie właśnie z tego sprawę. Bardzo wiele podobnych świętości wpajanych mi w dzieciństwie teraz mi się zdewaluowało. A inne dopiero nabrały wartości. Gdy spojrzę wstecz to okazuje się, że poczyniłam ogromną rewolucję i lwia jej część miała swój początek w dniu, gdy podjęłam decyzję o rozwodzie. Albo zaczęłam się wtedy zmieniać albo pewne doświadczenia zmieniły już wówczas mnie. Jedno jest pewne – mimo cierpienia wyszło mi to na dobre i wiem, że jestem na właściwej ścieżce. Na mojej ścieżce. Chadzam swoimi drogami – jak kot. Jak dzika i wolna wiedźma. (ich bin wild und frei, soo freeeiii, nananana! 😉 )
No właśnie – wolna. Nie odezwałam się do hipsterskiego weselnika. Sama się sobie dziwię, bo nawet nie byłam ciekawa tego, co mogłoby się stać. Mimo jakiejś chemii, poczułam też coś, co mnie odepchnęło. Czysto intuicyjnie. Nie wiem, co to było, ale wystarczyło. I nie kłóciłam się ze swoją intuicją nawet przez chwilę. To mnie cieszy – że posłuchałam siebie tak na dobre. Myślę, że ten człowiek był jakimś kolejnym testem na sprawdzenie mojej zgodności samej ze sobą. I tym, czego naprawdę pragnę. Bo to, czego zdecydowanie i definitywnie nie chcę i czym się brzydzę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, to powierzchowna relacja niewiadomego określenia. Nie chcę tracić czasu na gierki, podchody, huśtawki emocjonalne, chwilowe zrywy pod wpływem alkoholu i dobrej muzyki albo innego widzimisię. Nie chcę i nigdy nie chciałam, ale teraz przynajmniej nauczyłam się wreszcie rozróżniać tych, którzy nie wiedzą, czego chcą. Jestem spokojna, bo wiem, że nie będę musiała się ani przez chwilę zastanawiać, gdy ktoś naprawdę się mną zainteresuje. Jeśli mam choć cień wątpliwości – znikam i zapominam. Albo raczej wybaczam i nie zapominam. Tak, to jest takie proste.
Zorientowałam się, że na moim osiedlu mieszka mnóstwo silnych i niezależnych kobiet. Piękne, mądre, wykształcone. Dużo osiągnęły zawodowo, świetnie zarabiają. Nieprzypadkowo tu trafiłam i teraz to w pełni rozumiem. Spora część z nich to takie walkirie, jak ja – singielki. Jestem wśród swoich wiedźm. Cieszę się. Nie jestem wcale sama.
I nie zgodzę się z tym, by udawać głupszą, słabszą tylko po to by zaimponować mężczyźnie. By połechtać jego ego i tym samym sprawić, by się mną zainteresował. Nie uważam, by udawanie kogoś kim się nie jest miało być receptą na szczęśliwy związek. Sprawa jest krótka – albo udajesz do końca życia albo kończysz czy druga strona kończy tę maskaradę albo dostajesz raka…
Może i jestem nazbyt męska. Może i w paru typowo męskich dziedzinach jestem lepsza od typowych mężczyzn. Może i mam jakieś męskie zainteresowania. Ale co to właściwie znaczy? Jeśli odstraszam tym od siebie ludzi – mężczyzn właśnie, to dla mnie jest to ok. Jeśli będąc sobą odstraszam innych, to znaczy, że ci inni mnie nie akceptują i nigdy nie byliby w stanie mnie w pełni zaakceptować, a to z kolei oznacza, że z takimi ludźmi można zawrzeć jedynie bardzo powierzchowne relacje. I takie się w życiu przydają – owszem. Zwykle do przerobienia pewnych lekcji. Natomiast ja nie zmienię swojego singielskiego stanu, dopóki nie trafię na kogoś, kto będzie moim podobieństwem, a nie nauczycielem czy uczniem. Zniesie najdziwniejsze moje dziwactwa. Nawet upodobanie do niemieckiego i skandynawski fanatyzm. Oraz – moją słynną toksyczność, która nie wiedzieć czemu pojawia się jakoś często nad ranem. Tego też musiałam się nauczyć – nie wiedziałam o tym. Być może to przez te moje chore zęby.