Mały, niebieski, drewniany domek nad morzem
Nie wiem, co jest dobre, a co złe. Nie znam algorytmu. Żaden z tych, które wymyśliłam się nie sprawdził. Wymądrzam się, osądzam innych, a sama jestem niewystarczająco dobra i totalnie nieidealna. Popełniam głupstwa, gadam bzdury, piszę jakieś dyrdymały. Wydaję mi się, że jestem jakaś, a tak naprawdę nie wiem już kim jestem. I po co to wszystko robię albo czego nie robię.
Czuję się staro. Czuję się jakaś taka mała i nieistotna, ale dobrze mi się tak czuć. Czuję się niewidzialna i jestem niewidzialna. Ciągle czuję się za gruba. Nie czuję się za gruba tylko wtedy, gdy prawie nic nie jem przez dłuższy czas. Pewnie to moja anoreksja, która zrodziła się w wieku nastu lat i wiem, że już nigdy do końca mnie nie opuści. Mam też wiele innych defektów i nie mam siły ich naprawiać. One są mną, a ja nimi. Wiem, że się nie zmienię. Godzę się z tym. Akceptuję, chociaż mam świadomość, że z tym całym majdanem jestem nie do zaakceptowania przez kogokolwiek.
I to nie jest objaw depresji, która podobnie, jak anoreksja również nigdy do końca mnie nie opuści. Lubię ją, bo pozwala mi pisać dyrdymały, gadać bzdury i popełniać głupstwa. Dzieje się. Zawsze coś się dzieje.
Jestem jakaś nieprzystosowana. Napisałam powieść, za którą nigdy nie otrzymałam złamanego grosza i nic z tym nie zrobiłam i robić nie zamierzam. Zakochałam się. Raz czy drugi. Dałam serce na dłoni już od progu, nie oczekując niczego w zamian. I nie otrzymywałam, ale nadal dawałam. Dawałam nawet wtedy, gdy byłam traktowana przemocą psychiczną. I za pierwszym i kolejnym razem, w ogóle nie wyciągając wniosków z przeszłości. Zaharowuję się w pracy niemal od zawsze. Robię za kogoś i siedzę cicho. Ktoś to wykorzystuje jeszcze bardziej, a ja dalej robię i siedzę cicho i dalej siedzieć cicho zamierzam. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…
Nigdy nie widziałam sensu i jeszcze wyraźniej teraz go nie widzę w rozpychaniu się łokciami i zażartej walce tylko po to, by otrzymać coś, co mi się klarownie należy. Zawsze wierzyłam i wierzę, że ten, kto krzywdzi w końcu się opamięta. Nie musi mi zadośćuczynić. Nie chcę tego. Albo raczej do pewnego momentu daję na to szansę, lecz gdy ten moment minie jest po prostu za późno. Znikam i tym bardziej nic już nie chcę.
A potrafię zniknąć naprawdę. I potrafię sprawić, by ktoś dla mnie zniknął. Nawet jeśli będę z nim rozmawiać, uśmiechać się, czy razem coś robić. To już tylko fasada.
Kupiłam od swojego dziecka kulę, która spełnia wszelkie marzenia. Zapłaciłam za nią 5 złotych – kartą zbliżeniowo do czytnika na jej głowie. Potem zapytała mnie, co chciałabym, aby ta kula mi sprawiła. Nie wiedziałam tak od razu. Myślałam przez dłuższą chwilę. A właściwie wiedziałam, ale uznałam, że nie ma sensu tego odkopywać z głębin, bo to coś, co już nie ma szans na spełnienie. I nawet nie wiem, czy kiedykolwiek w ogóle jakakolwiek szansa na to była. Jednak, by nie przerywać smutno zabawy powiedziałam, że chciałabym tylko mały, niebieski, drewniany domek nad morzem.