Na pełnym morzu
Zdradliwa wena mówi mi, że to będzie mocny wpis. I takie tylko pisać chcę. Bez żadnych ograniczeń. To moje morze. Mój żywioł. Płynę. Żagle rozwinięte. Wiatr dmie mocno. Pogańska muzyka wprowadza w trans. Boże, tak niewiele nam jeszcze zostało. To, co dzieje się teraz na świecie, to początek końca. Możemy się nienawidzić lub kochać. Ale zginiemy tak samo. Równi sobie. To burza, która ma przynieść oczyszczenie i nową jakość. Lecz pochłonie wiele ofiar. Zbyt wiele.
Jestem tylko skrybą. Puchem marnym. Siedzę z boku i obserwuję. Doświadczam i spisuję. Tak samo, jak kocham i nienawidzę swojej pracy, tak samo kocham i nienawidzę tego, że odważyłam się zejść na ten świat. Jestem tylko puchem marnym. Niewiele widzę i wiem. Ale chcę krzyczeć słowem.
Nie umiem mówić. Umiem pisać.
Moje problemy wydają się być takie nieistotne w porównaniu z tym, co przeczuwam wobec problemów, z którymi zmierzy się świat. Świat, ale także i ja. Bo ja i ty jesteśmy światem.
Niebo. Błękitne. Różowe. Pomarańczowe. Żółte. Takie pięknie i spokojne. Unikalne. Taki straszny żal ściska serce, że my sami sobie i światu zrobimy taką krzywdę. To niebo już nie będzie takie samo.
Kurwa.
Jestem wojowniczką. Jedną z wielu, którzy teraz na tej planecie stacjonują. To nie przypadek, że wojownicy tak licznie zinkarnowali się w tym samym momencie. Wojownicy schodzą się na wojnę.
Byliśmy Wikingami, Gotami, Wanami. Jesteśmy Polakami, Ukraińcami, Rosjanami, Amerykaninami. Kim jeszcze? Wszędzie jesteśmy.
Zmienia się klimat. Układ planetarny. Układ gwiazd. Zmienia się Wszechświat. Idzie Thor. Trzyma młot. Będzie burza. Będzie grzmot i Tęczowy Most. Wszystko zacznie się od nowa. Ginnungagap.
Miałam sen. Rzeczywisty. W sierpniowe popołudnie, chociaż dla mnie wciąż trwa lipiec, może nawet jeszcze czerwiec. Mimo lipca czy czerwca czułam ten sierpień. Takie sielskie i ciepłe popołudnie. Ciepłe, chociaż za chwilę stanie się jesienno chłodne. Sierpień ma to do siebie już od pierwszego swojego dnia. Po skrajnym upale przychodzi chłód już w pierwszej godzinie zmierzchu, która jest coraz wcześniejsza.
Śniłam o remoncie. Rewolucji. A w końcu o gotowości do podjęcia wyzwania. Gdy je podjęłam, było ciężko. Przeciskałam się przez wąską szczelinę. Gdy już prawie byłam po drugiej stronie, zjawiłeś się ty. On. Kimkolwiek był – podał pomocną dłoń. Chwycił mocno w talii, która była taka smukła. Chwycił mocno i pewnie, a następnie pomógł się przedostać. Zaprowadził do Domu. Takiego z wielkiej litery. Objął. Chwycił za rękę i pocałował. Zdziwiłam się i ucieszyłam jednocześnie. Nastał ten właściwy moment. Zostaliśmy już razem na zawsze. Mimo, że znaliśmy się już od jakiegoś czasu, dopiero teraz przyszedł ten właściwy.
Potem się obudziłam i ucieszyłam ze swojej samotności. Doceniam ją. Nie wiem, czy chcę zmienić ten stan rzeczy. Pochłonęła mnie praca. Żyję pracą. Śnię o pracy. Jestem pracoholiczką. Nie szanuję nikogo, kto pracy nie szanuje, miga się i cwaniakuje. Gardzę i się brzydzę.
Kocham Norwegię, ale zdaję sobie sprawę, że to tak naprawdę do Szwecji ciągnie mnie bardziej. Ukrywam to jeszcze przed sobą. Nie wiem, dlaczego. Nawet szwedzki, którego się nigdy nie uczyłam, jest dla mnie lepiej zrozumiały niż norweski, na którego kurs uczęszczałam.
Kim ja właściwie jestem? Szanuję Niemców i pracuję wedle zasady Ordnung muss sein oraz – uwaga będzie kontrowersyjne – Arbeit macht frei. Kocham Skandynawię i znam trochę norweskiego, a z seriali także i szwedzkiego. Mam wytatuowane runy i alfabet runiczny zawieszony w ramce na ścianie w salonie . Moja lista w Spotify jest pełna epickiego folk metalu, szant, rapu ale i nawet disco polo. W dzień ciężko pracuję, piszę kod, piszę maile po angielsku. A po pracy słucham niemieckiej muzyki, piję wino w samotności, śpiewam i piszę, i czytam. Jem czipsy albo sushi. Żyję tygodniami – z dzieckiem i bez dziecka. Gdy zaczyna się ten bez dziecka jestem, jak nastolatka. Gdy zaczyna się ten z dzieckiem – staję się starą babą. Gdy dziecko ma ode mnie odejść jest mi cholernie przykro i zapijam prawie każdy taki piątek. Gdy ma do mnie przyjść – nie wiem, co mam zrobić i jak jej zorganizować czas.
Marzę, by wyjechać z tego zgniłego kraju. Oczywiście, że do Norwegii. Zrobiłabym to już dawno, gdyby nie dziecko. Zastanawiam się, dlaczego ono pojawiło się w moim życiu, by zatrzymać mnie w tym pierdolonym kraju?
Ale mimo syfu i zgnilizny tego narodu, kocham Poznań oraz jego okolice. Tu jest moc. Jeśli już muszę być Polką i tkwić w Polsce, to cieszę się, że jestem poznanianką. To tu jest siła tego narodu. Tak jak pierwsza kolebka tego państwa.
Tak, jestem nacjonalistką. Lokalną patriotką. Być może zreinkarnowaną faszystką. Mimo wszystko szanuję każdą inność. Czuję dziwną więź z Hindusami. Dogaduję się z nimi niemal bez słów i kocham ich jedzenie, kadzidła oraz czuję podświadomie ich podejście do życia. Ale jednocześnie mam skrzywioną niemal słabość do blondynów z niebieskimi oczami. Najgorszego toksyka jestem w stanie pokochać, jeśli ma niebieskie, a najlepiej topazowe oczy.
W oczach drugiego człowieka widzę duszę. I wiem, że należę do grupy tych niebieskookich. Sama mam niebieskie. W kolorze naszego Bałtyku. Kocham to morze. I nie wiem, czy jest ono polskie, szwedzkie, czy niemieckie. A może fińskie, litewskie, łotewskie bądź estońskie czy rosyjskie? Może duńskie? Morze jest morzem.
Cokolwiek się nie stanie – zamierzam płynąć. Przemierzać sztormy. Na pełnym morzu. Jestem wojowniczką.