Katharsis
Rzucić wszystko i jechać w góry. To jest naprawdę zdrowe. Zatrzasnęłam komputer w piątek po skończonej pracy. Spakowałam małą walizkę i plecak. Zapewniłam kotu i roślinom środki potrzebne do życia, a potem wsiadłam w Rakietę, uruchomiłam ulubioną listę na Spotify i poleciałam na południe. Zapowiadali deszcze i burze. Ja tylko wzdrygnęłam ramionami i pomyślałam o tym, co mówią Norwegowie – nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiedni ubiór. A ja przecież miałam pelerynę i w ogóle wszystko.
Im bliżej gór, tym ciemniej. Na zakręconej i stromej końcówce drogi zerwał się grad, a tuż po nim ulewa. Niebo zapalało się na czerwono od błyskawic. Ja byłam dziwnie spokojna. Jechałam dalej.
Dobiłam szczęśliwie do hotelu na dwudziestą drugą. I tak zaczął się weekend. Chociaż w zasadzie zaczął się już w samochodzie, bo ja jestem samochodziarą i za kierownicą odpoczywam. Szczególnie, gdy gra moja dziwna muzyka w dziwacznych połączeniach gatunków.
Wstałam wcześnie rano w sobotę i tuż po śniadaniu wyruszyłam na szlak. Pogoda nie była taka, jaką zapowiadali. Była lepsza, więc spieszyłam się, by z niej pokorzystać, na jak najdłuższym kawałku trasy. A wymyśliłam ją sobie ambitnie. W sumie ponad dwudziestokilometrowy szlak na jakieś osiem godzin. Jego poszczególne fragmenty oraz cele, które wyznaczyłam, odbiły się niezwykłą symboliką wobec najnowszego etapu mojego życia. Zamknęłam pewien cykl. Pewien rozdział, który zaczął się tuż po rozwodzie. Zaczął się w tym samym miejscu i zakończył w tym samym miejscu.
Najpierw było sielankowo. Pogoda słoneczna. Szlaki szerokie i niezbyt strome. I tak doszłam do pewnego charakterystycznego schroniska, które było niezwykle magiczne. Mogłabym pomyśleć, że na tym mogę zakończyć wędrówkę. Schronisko czarowało i nie chciało tak łatwo wypuścić. A ja dałam się zauroczyć w pełni. Lecz nadszedł czas. Chmury pojawiły się nad otaczającymi szczytami. Zwiastowały załamanie pogody. Nie tyle deszczu się bałam, co burzy. Przecież miałam taki ambitny plan, żal byłoby odpuszczać. Musiałam pójść dalej. Szłam ze łzami w oczach.
Szłam w lekkim amoku emocjonalnym. Zamknięta i wyciszona. Niewiele się działo. Dopiero, gdy doszłam do rozwidlenia, zadziało się coś ciekawego. Zamiast dalej w górę, poszłam w dół. Dziwnie lekka i pełna entuzjazmu. Byłam przekonana, że tamtędy dojdę na szczyt. Lecz szłam coraz niżej i niżej…
Wtedy nagle napotkana po drodze kobieta, idąca w przeciwnym do mojego kierunku, zapytała mnie, ile jeszcze na szczyt. Odpowiedziałam, że ja właśnie tam dopiero idę. Ona się zszokowała i zapytała, jak to? Czy to taki ambitny plan, żeby najpierw zejść, a potem wejść? Potwierdziłam, chociaż strasznie się zmieszałam i zawstydziłam. Zeszłam jeszcze trochę i w końcu zerknęłam na nawigację. Wkradł się błąd. Być może problem z zasięgiem sprawił, że pokierowała mnie w przeciwną stronę. Załamałam się. Do tamtego rozwidlenia było już daleko i bardzo stromo. Chmury nade mną jeszcze ciemniejsze. Zmęczenie też dało się we znaki. Uznałam jednak, że muszę zawrócić. Nie mogę się poddać.
Bijąc się w myślach w pierś i przeklinając swoją naiwną wiarę w technologię, która wydawała się być taka solidna, zawróciłam i małymi kroczkami podchodziłam do punktu zwrotu.
O dziwo, udało mi się jeszcze wyprzedzić tamtą kobietę, chociaż miałam wrażenie, że ledwo idę. Głupio było mi ją mijać. Sądziłam, że ona jakoś to skomentuje, a ja się bałam konfrontacji. Nie byłam pewna, co miałabym jej odpowiedzieć, ale ostatecznie zdecydowałam, że powiem prawdę. Chociaż stresowała mnie ta perspektywa. Byłam jednak tego pewna – że powiem prawdę, że się pomyliłam, że mapa wyprowadziła mnie na manowce. Tymczasem, gdy już się do niej zbliżyłam, to ona tylko na mnie spojrzała z życzliwym, lekkim uśmiechem i nie powiedziała ani słowa. Poczułam ulgę.
Niedługo później dotarłam wreszcie do rozwidlenia. Wówczas zaprzestałam biczowania samej siebie i znów poczułam ulgę. Usiadłam na króciutką chwilę, zrobiłam parę łyków wody i ruszyłam już właściwym szlakiem pod górę. Na szczyt.
Mimo nadmiarowej trasy oraz ogólnego zmęczenia moja energia zaczęła się nagle regenerować. Było dość stromo, ale zdecydowanie nie aż tak, jak sobie to wyobrażałam. Wpadłam w świetny rytm. Szłam jak burza, a ta prawdziwa jakby się wycofała. Niosła mnie muzyka i siła woli.
I wreszcie dotarłam do punktu kulminacyjnego – ścisłego podejścia na szczyt. Miałam do wyboru dwa – szerokie i niemal płaskie, ale dłuższe lub strome, kamieniste i wąskie, ale za to krótsze. To jak matrixowy wybór – niebieska czy czerwona pigułka? Wybrałam czerwoną. I wspinałam się stromo.
Co jakiś czas musiałam się zatrzymać, by złapać oddech. Przysiąść, by dać odpocząć nogom. Były to jednak przystanki bardzo krótkie. Jakoś w połowie moje ciało przystosowało się do sytuacji i znów wpadłam w optymalny rytm, którym mknęłam już bez przerw. Ciekawie było obserwować tuż obok wspinającą się córkę z ojcem. Oni mieli taki system, że szli bardzo szybko, a potem się zatrzymywali na nieco dłużej. I znów sprint, i znów przystanek. Kilka razy w ten sposób wzajemnie się wyprzedzaliśmy. Ja powoli, ale ciągle, a oni susami. To był miły akompaniament, który pomógł utrzymać mój rytm.
I wreszcie stało się – moja stopa stanęła na szczycie! I druga też. Zmęczenie przemijało tak szybko, że jakby niezauważalnie. Przestawałam nawet o nim pamiętać, jakby nigdy nie doskwierało. Niczym niezakłócone szczęście i błogi spokój. Warto było!
Zejście z kolei to jakby rejs po spokojnych, ciepłych wodach. Też bywało trudno i stromo. Nie raz nieco zabolało. Zupełnie, jak w rejsie czy podczas jazdy samochodem – różne są sytuacje, czasami bywa nudno, a czasem ekscytująco. Raz przyjdzie większa fala, innym razem możesz sunąć po pustej autostradzie. Za to mijane krajobrazy i przemijający dystans utwierdzają tylko w przekonaniu, że naprawdę było warto!
Czasem droga na szczyt prowadzi najpierw w dół. Czasem ktoś lub coś musi cię wyrwać z letargu. A innym razem twoje siły same się regenerują. Czasami złe wyobrażenia zamieniają się w bardzo przyswajalną, a nawet piękną rzeczywistość. Czasem trzeba zrobić kilka kroków w tył, by przejść dwa razy tyle w przód. Czasami nawet burza potrafi spasować, a deszcz przełożą na inny termin.
Przełożyli go na niedzielę i to akurat w chwilę, gdy opuszczałam hotel. Zdążyłam zatem jeszcze przejść się w miarę suchą stopą po miasteczku i kupić parę upominków. A potem dopłynęłam szczęśliwie do domu.
Czas na nowy rozdział. Ostatecznie i definitywnie.
A tak swoją drogą – gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę w stanie w piątek po pracy sama wsiąść w samochód i ruszyć na noc, częściowo w deszczu i burzy po krętych drogach, tylko po to, aby kolejnego dnia przejść ponad dwadzieścia kilometrów po górach, zdobyć szczyt i wrócić w niedzielę, bo przecież trzeba wracać do pracy, to… Tak, jestem wariatką! I jestem z tego dumna!