Ściana
Przepowiednia na wrzesień dla byków zapowiadała burze i huśtawki emocjonalne. I że też mnie to nie dziwi, że ledwie się ten miesiąc rozpoczął, a ja już rozegrałam całą gammę rozmaitych nastrojów. Jestem bykiem w słońcu, ale co gorsza – skorpionem w księżycu. Moje emocje są we władaniu wody, a to zawsze oznacza silny i duży wodospad. Jeśli więc dodamy do tego uziemionego byka, który akurat w tym miesiącu staje się mniej uziemiony, to krótko mówiąc – przeobraziłam się w pełnoprawną wariatkę.
Po raz pierwszy od początku swojej pracy zawodowej zaczęłam się zastanawiać nad porzuceniem branży. To absolutnie absurdalna myśl, która mnie przeraża i jednocześnie wkręca coraz bardziej. Nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek będę chciała, czy przynajmniej przejdzie mi przez głowę cień wątpliwości, by opuścić tę dziedzinę. Praca to moja pasja i wielka miłość. Już w gimnazjum wiedziałam, kim chcę zostać i konsekwentnie do tego dążyłam. Od mojego planu nie było ustępstw. Nie pojmowałam rówieśników w liceum, szczególnie takich, którzy tuż przed maturą nie wiedzieli jaki kierunek studiów wybrać. Wręcz gardziłam tak niezdecydowanymi osobami i chyba mam to do dziś. Sama jestem jednym wielkim planem i nie szanuję ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą. To oczywiście toksyczne – oj tak, musiałam to wtrącić, szczególnie, że mój znak zodiaku wszedł w swój emocjonalny miesiąc, czyli toksyczny miesiąc. Toksyczne! Jestem taka toksyczna, wow!
I co? I teraz, po dziesięciu latach pracy oraz, co najmniej piętnastu w tej dziedzinie ja mam myśli, by to porzucić raz na zawsze. Wiem już, że zmiana firmy mi nic nie da. Zmieniałam kilka razy i zawsze dochodziłam do pewnej ściany. Wmawiałam sobie, że ta ściana to tylko tutaj, ale już tam w korpo za rogiem się z nią nie zetknę. To nie była prawda. Ściana była wszędzie. Raz pomalowana na różowo, gdzie indziej na zielono, a w jeszcze innym miejscu była wytapetowana. Ale była.
Ściana składająca się z seksizmu, wykorzystywania, mobbingu, braku tolerancji, braku równowagi dom-praca, nierówności płac.
Każdym prawdziwym powodem mojego kolejnego wypowiedzenia była któraś z tych rzeczy. Oczywiście tego nie zdradzałam, bo byłam przekonana, że to za mało, że zwariowałam, że mi się coś uroiło albo się zwyczajnie bałam. Nie wiem, czego i kogo, ale tak było i tak jest.
Nie wiem, co zrobię tym razem (ależ jestem obrzydliwie niezdecydowana!). Mam też tę świadomość, jaką jestem bestią. Mi nie wystarczą pieniądze, a awans czy władza nie robią na mnie wrażenia. To nie są artefakty, którą pozwolą mi grzecznie usiąść pod ścianą. Ja chcę czegoś więcej. Sprawiedliwości. Tego jednak nie znajdę nigdzie, nikt mi tego nie zapewni, o ile sama nie wybuduję swojego imperium na swoich zasadach i wartościach. Napędzanego toksycznym paliwem – musiałam!
Ponad wszystko mam też tę świadomość, że muszę się zdystansować. Znów za bardzo wkręciłam się w pracę i przeżywam każdy jej aspekt, podczas, gdy zapewne większość moich współpracowników zapomina o całym dniu, jak tylko wyłączą komputer. A ja sobie mogę go wyłączyć, a i tak moja głowa pozostaje w tym kołowrotku.
Taka dzisiejsza smutna scena – po dziewiętnastej. Na środku stołu komputer z odpalonym wszystkim, bo mogą się zadziać ważne rzeczy i trzeba czuwać. Komunikatory na zielono i jak żołnierz na warcie z karabinem w gotowości. Obok dziecko, po przedszkolu na szybkości przyprowadzone, gra sobie w grę na innym komputerze. Na kuchence kipi makaron na kolację. Kot błąka się po balkonie, nie wiem, czy jeszcze tam jest czy już może wyskoczył i błądzi po osiedlu. Chwytam pośród tego chaosu nagle konewkę, bo nagle sobie przypomniałam, że nie podlewałam kwiatów od kilku dni. Brzuch mi się skręca, bo okres, a ja się na ten brzuch obrażam, bo mnie tylko dekoncentruje. Kładę na stół masło i na wpół czerstwy chleb, obok tego czujnego komputera. Dziecko ciągle w innej rzeczywistości. Makaron, jak na złość nie chce się ugotować. Jestem spięta. Nie wiem, czy mogę ten komputer wyłączyć. Nie wiem, czy mogę się odciąć, chociaż minęło dziesięć godzin pracy, by nakarmić dziecko i jakoś się nim zająć, bo nie ma tu w tej chwili nikogo poza mną. Jestem spięta bo zauważam braki w lodówce, a nie wiedziałam, czy przy okazji odbioru dziecka z przedszkola mogłam jeszcze zahaczyć o sklep. Dla pewności wróciłam szybko do domu, bo komputer czeka.
I nagle sobie wyobraziłam, że to może być tak, że ja tu stoję teraz pośrodku tego chaosu, z tą dziwnym trafem pochwyconą konewką w ręku, taka niepewna, spięta i wyczerpana, chcę zrobić więcej i więcej, a tymczasem moi współpracownicy spędzają teraz spokojnie czas z żonami, mężami, dziećmi, zwierzętami. Wyszli zapewne z domu, ogarnęli zakupy czy być może nawet jakoś się rozerwali. A ja jestem sama z dzieckiem i kotem w tym moim chaosie. Nie mam nikogo, kto pomógłby mi z zakupami, przygotowaniem jedzenia, zajęciem się dzieckiem czy zwierzakiem. Jestem totalnie sama, a chcę wykonywać zadania w takiej ilości i jakości, jakby było mnie, co najmniej dwie czy nawet pięć. Chyba nie chcę już być z tego dumna. Kiedyś byłam bardzo. Ale zaczynam mieć dość. I to jest właśnie taka moja, osobista ściana.
Miałam pomysł, aby opublikować moją drugą, jak dotąd nieopublikowaną powieść, tutaj na blogu. Jeszcze nie zdecydowałam ostatecznie, co zrobię. Ta historia jest dla mnie bardzo ciężka. Dlatego z jednej strony uważam, że trzeba ją odkryć i tym sposobem tak naprawdę raz na zawsze zakopać. Z drugiej strony waham się, czy to odkrywanie ma jakikolwiek sens – ktoś to będzie w ogóle czytał? Jeśli tak, to jaką to komukolwiek przyniesie wartość? I w tej chwili pisząc to widzę ścianę – zupełnie te same pytania mogłabym sobie zadać względem całego tego bloga i jego treści. A więc właśnie postanowiłam ostatecznie i definitywnie – moja druga powieść ukaże się tutaj, na blogu. Będzie publikowana fragmentami w swojej dedykowanej kategorii.
Niebawem start. Otóż, pragnę ogłosić, że do Krainy Wyimaginowanej wprowadzi się „Ja, wariatka”.