Klin klinem
Coś mnie powstrzymuje przed publikacją Wariatki. Bardziej obojętność niż niechęć. Jakby ta historia już we mnie na dobre umarła. Chyba jednak lepiej nie wykopywać trupa z grobu. Można, ale po co? Skoro żadne wydawnictwo nie zdecydowało się, by wydać tę historię, to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jej miejsce powinno pozostać w szufladzie. Dla mnie osobiście to przeszłość w pełnym znaczeniu tego słowa. Żadne z opisanych wydarzeń już w żaden sposób na mnie nie oddziałuje. Aczkolwiek dzięki nim wzbogaciłam się o pewne cechy, których naprawdę potrzebowałam. Widocznie nie było innego sposobu, by je posiąść i opanować. Każda trauma jest po coś. Czyżby największym złem tego świata była miłość, a największą miłością zło?
Przepracowałam się ostatnio. Zafiksowałam tak bardzo, że straciłam poczucie równowagi. Nagięłam ją i oberwałam. Zwykle w każdej mojej poprzedniej pracy, gdy dochodziłam do takiego punktu, to po prostu rzucałam papierami i rzucałam się w wir nowych wyzwań. Które i tak po czasie pochłonęły mnie na tyle, że się spalałam i znów porywałam do ucieczki. Tym razem jednak jest jakoś inaczej. Może to efekt tych moich nowych cech poprzez traumy wypracowanych, a może jestem już zwyczajnie za stara i mi się nie chce. Mogę równie dobrze być w skrajnej beznadziei. To dziwne uczucie. Z jednej strony uporczywe, a z drugiej pozytywne, ponieważ wreszcie moja uwaga jest totalnie odwrócona od spraw sercowych. Ta sfera jest teraz dla mnie zbyt abstrakcyjna, odległa i egzotyczna. I dzięki bogom! Jestem wolna!
Ostatnio czułam coś podobnego chyba tuż po rozwodzie. Związki, romanse, zakochania i te wszystkie emocjonalne wstrząsy były dla mnie wówczas, jak zły sen, z którego właśnie się obudziłam i odetchnęłam z ulgą, że był tylko snem. Czułam niesamowitą wolność i jednocześnie ogromny dystans do tych tematów – tak, jakby to już miało mnie nigdy nie dotyczyć. Mam w pamięci taką dość dziwaczną, ale jednak bardzo pozytywną scenę, która mi się najbardziej z tą wolnością kojarzy. To scena, kiedy kładę się spać na rozkładanej i strasznie niewygodnej kanapce w małym pokoju, w mieszkaniu, które jeszcze wówczas dzieliłam z ex-mężem. Po rozwodzie mieszkaliśmy razem jeszcze przez jakieś cztery miesiące, gdyż w tym czasie moje mieszkanie dopiero było wykańczane. Zajęłam sobie tę kanapkę i mały pokoik na ten cały przejściowy czas. Była wiosna, ale tak ciepła, jak lato. Rozłożyłam kanapkę, usadowiłam się najwygodniej, jak to tylko było możliwe, chwyciłam książkę i przy zapalonej lampce po prostu spokojnie sobie czytałam przed zaśnięciem. Tylko tyle i aż tyle. Czułam wtedy taki absolutny spokój.
Nie trwał on niestety zbyt długo, bo zjawił się nieoczekiwanie Ten o Topazowych Oczach, który go zburzył i doprowadził do traumy. Może więc to, co czuję teraz to znak końca tej traumy? Ten spokój teraz jest porównywalny z tamtym. Pomijając pożar w pracy. Ale… być może ten pożar to tylko zasłona? Większa burza zagłuszająca mniejszą? Mam nadzieję, że tak czy siak zdoła on strawić wszystko, co negatywne.
Swoją drogą, doświadczyłam niedawno czegoś bardzo ciekawego. Znów poszłam sama na wesele – kolejne w tym roku. Sama w sensie bez tejże słynnej osoby towarzyszącej, która tak ładnie jest dopisywana w zaproszeniach dla singli. Zresztą, w moim zaproszeniu i tak nie było o tym wspomniane. Chyba już mnie w rodzinie zaszufladkowali w szufladzie samotności. Nieważne, absolutnie się nie obraziłam. Nieco gorzej jednak mi się zrobiło, gdy przy weselnym stole znalazłam swoją winietkę na samiutkim końcu. Ale nie tylko ja nie byłam zachwycona ze swojego usadowienia. Zaczęły się tasowania winietkami i w ostateczności usiadłam w gronie trzech babć (jednej mojej, rodzonej) oraz dziadka państwa młodych. Można byłoby pomyśleć, że pod względem rozrywkowym to raczej mniej korzystne miejsce niż to, które miałam przeznaczone oficjalnie. I też logika tak właśnie powątpiewała, ale intuicja natchnęła mnie spokojem i radością. I słusznie! To była najlepsza ekipa na całym weselu! W ich gronie bawiłam się po prostu genialnie. Mnóstwo dobrego humoru, pozytywnej i silnej energii, a i jeszcze bardzo konkretnych drinków. My tam z tymi babciami po prostu utworzyłyśmy babski klub whisky z colą i lodem. Nic dodać, nic ująć – po prostu sztos! Tym samym zaliczam kolejne wesele w singlowskim wydaniu do grona niezwykle udanych imprez oraz pozytywnych doświadczeń. Naprawdę warto chodzić na wesela bez osób towarzyszących. Szukanie takiego kogoś na siłę, byle tylko nie być samemu na weselu, jest w mojej opinii kompletnie bez sensu. Samemu można się bawić równie dobrze, jeśli nie lepiej!