Na pełnym morzu

Poczucie czucia

Pewnego dnia budzisz się i stwierdzasz, że już nie czujesz. Dotarłeś do ściany i żyjesz przez ścianę. Jakby w kapsule. Dlaczego ja się tym nie stresuję? Pewnego dnia skaleczyłeś się tak bardzo, że ból i krew cię ogłuszyła. Dotknął środka duszy. Z czasem rana bolała coraz mniej aż w końcu się zagoiła. I w tym momencie stwierdzasz, że w tym konkretnym miejscu nie masz czucia. Wcale lub tylko jakieś nieznaczne. Umarłeś czy się wreszcie czegoś nauczyłeś?

Leci ciepła woda z kranu. Dla mnie ciepła – dla mojego dziecka parząca. Za dużo razy się sparzyłam nią wcześniej czy mam jakąś nieludzką skórę?

Dusza w ciele jest zamknięta, jak ty człowieku w swoim mieszkaniu. Niby wiesz, co się dzieje za oknem, ale nie czujesz, gdy ktoś dotknie drzwi wejściowych bądź ściany. Jeśli natomiast wybije okno czy chociażby postanowi przez nie perfidnie patrzeć z bliska albo będzie walił pięściami w drzwi – zaniepokoisz się. Jeśli kogoś wpuścisz do środka z najczystszymi intencjami, ugościsz po królewsku, odsłonisz całe wnętrze, a ten postanowi się panoszyć, rozporządzać twoją własnością, zostawi po sobie bałagan, by po krótkiej chwili zniknąć i manifestować, jak to spotkanie niewiele dla niego znaczyło, to ty zostaniesz z bałaganem. Twój spokój i porządek zostaną zakłócone. I wówczas przed tobą dwa wyjścia – poświęcić jeszcze trochę dodatkowej energii, by to posprzątać, być może nawet potrzebne będą naprawy po ewentualnych szkodach lub żyć w swoim domu z tym cudzym syfem. Tak, cudzym. Bo to nie twoje dzieło było przecież. A jeśli ten gość stłukł twoją ulubioną wazę? Tego już nigdy do końca nie naprawisz. Posklejasz albo i nie. Drugiej już nie kupisz. Niezależnie, czy postanowisz ją posklejać – będzie ci już wszystko jedno. I nieważne kto przyjdzie następny i co uszkodzi. Mechanicznie zabierzesz się do sprzątania albo i nie. Zrozumiesz, że jak ktoś przychodzi, to zawsze będzie jakaś strata albo problem.

Kiedyś obierałam dynię bardzo ostrym nożem. Ześlizgnął się na kciuk i wbił w niego, jak w masło. Cudem udało mi się zapanować nad raną i potokiem krwi. Zagoiło się bez interwencji lekarza, lecz ślad pozostał. Blizna, w miejscu której oraz wokół czucie jest znacznie osłabione. Mam teraz słabszy czy mocniejszy kciuk? Mogę go śmiało podkładać pod bardzo gorącą wodę na przykład.

Przed pierwszą w życiu zawodową rozmową po angielsku żołądek wywracał mi się na wszystkie strony. I tak przez ileśdziesiąt z rzędu. Po setnej zaczęłam się zastanawiać, gdzie podział się stres? Zatęskniłam za nim. Zatęskniłam, bo gdy był, to po każdej takiej rozmowie mogłam się potem cieszyć z ulgi oraz, że dałam radę. Teraz nie mam powodów do radości. Czy to źle?

Miałam kiedyś fobię podjeżdżania samochodem pod górkę. Raz była tak silna, że płakałam, a mózg płatał mi figle omamami, że spadam w dół. Krajobraz zza szyby się gwałtownie przesuwał, chociaż pedał hamulca miałam zaciśnięty do maksa, tak, że bolała mnie noga. Aż kiedyś musiałam się zmierzyć z podjazdem pod ośnieżone i oblodzone wzniesienie. Prowadziłam sama. Nie miałam wyjścia, bo musiałam dotrzeć na czas do pracy, a był to pierwszy dzień w nowej pracy. Podjechałam i nagle przestałam czuć. A dziś jeżdżę sama w góry, sunę po spadzistych, krętych i wąskich drogach w deszczu oraz burzy. Nie płaczę już. Co najwyżej śpiewam do ulubionych piosenek.

W ostatnich tygodniach często wybuchałam płaczem w pracy przed komputerem. Ostatnio w miniony piątek i to nawet przy ludziach. Na trochę się uspokoiłam, by potem ryczeć przez cały piątkowy wieczór w samotności. Kiedyś po czymś takim mogłabym się już w poniedziałek nie zjawić w pracy zasłaniając się zwolnieniem i realnie leżąc załamana w łóżku. Tym razem obudziłam się w sobotę i dopadłam do firan. Cały dzień spędziłam na ostrym sprzątaniu. W niedzielę o świcie natomiast wsiadłam razem z bratem do samochodu i pojechaliśmy nad morze. Do mojego ukochanego Świnoujścia. Tylko po to by odwiedzić wczasujących się tam rodziców, zamoczyć ręce w morzu, przejść się po plaży i wracać z powrotem. W sumie jakieś siedemset kilometrów w jednym dniu. Powiedzieć, że było warto to nic nie powiedzieć. W poniedziałek po prostu odpaliłam komputer i pracowałam niemal ciurkiem przez dziesięć godzin. To był dużo trudniejszy dzień od piątku, ale tak po prostu przepracowałam go. Po wszystkim usiadłam na kanapie i zaczęłam się głęboko zastanawiać, gdzie ten stres? Gdzie łzy? Czemu tak nagle przestałam to odczuwać?

W życiu chodzi podobno o to by doświadczać. By czuć. Dlaczego więc, gdy poczuje się za mocno, to nagle traci się poczucie czucia? Odrobiona lekcja czy może nieodwracalna szkoda?

Verified by MonsterInsights