Na pełnym morzu

Na marginesie

Nagle znalazłam się pośród tłumu dziwnie bliskich mi osób. Każdy na każdego patrzył tak samo nieufnie, jak i ja na nich. Gdzieś pod skórą tlił się ten strach, że mnie ocenią, tak jak zwykle wszyscy oceniają. Przypiszą w specjalne miejsce na marginesie przeznaczone dla dziwolągów. Ludzi, którzy odpłynęli na zbyt szerokie wody. Na szczęście nie tutaj. Nie w tym tłumie. W tym tłumie byliśmy wszyscy tacy sami. Cały, treściwy rozdział dziwolągów.

Nie jestem sama. I chociaż byłam sama, byłam z nimi. Swoją drogą nie rozumiem, skąd ten strach przed byciem poza stroną? Każdy chce podświadomie przynależeć do jakiejś grupy, niezależnie od tego jak bardzo niezależnym i samotnym pragnie być.

Zrozumiałam znów o kapkę więcej swojej maniakalnej wręcz już chęci bycia samej. Bo się boję, że ktoś mnie nie zaakceptuje w pełni – że będzie tylko udawał akceptację, mydlił mi oczy i wabił w swe ramiona tylko po to, by mnie zmienić. Naprawić. Naprostować. Wyleczyć. Że znów skrytykuje za te moje pomysły. Że znów usłyszę, jaka być powinnam, a czego robić jako ktoś czy inny ktoś nie powinnam.

A ja się panicznie boję odgrywać zadaną rolę. Uwielbiam teatr, ale nienawidzę aktorzyć. Boję się, bo wiem, że w ten sposób się nie rozwinę. Nie po to zeszłam na ziemię, by tkwić w iluzji życia. Wystarczy, że ziemska rzeczywistość jest iluzją, celowo zainscenizowanym torem przeszkód, by móc doświadczać realnych przeżyć.

Ale tworzenie iluzji, by pobudzić konkretne emocje, zwrócić uwagę na rzeczy naprawdę ważne, przemówić do ludzkich dusz – to jest to, co nazwałabym swoim powołaniem. By jednak móc je wypełniać muszę żyć moim, realnym życiem. Bez ograniczeń i ram.

Ramy są dobre do czasu. A po czasie i tak nic z nich nie zostanie.

Nie ma takiej ceny, która wyciszyłaby moje słowa, moje twory, moje szaleństwa i iluzje. I choć napisałam kiedyś, że piszę głównie wtedy, gdy cierpię i że w związku z tym marzę o dniu, kiedy nie będę miała ani jednego słowa do wyprodukowania, to i tak nie oznacza to, że skończę z tworzeniem. Jakkolwiek, w ten czy inny sposób, ale tworzyć będę, pókim żywa. To życie jest tym paliwem.

Jeśli tworzenie oznacza dozgonną samotność – wchodzę w to! Nie boję się, bo wiem, że takich dziwolągów jest więcej. Jesteśmy razem, choć skryci w swych indywidualnych bunkrach. Jak to przyrównała Olga Tokarczuk – parafrazując – w swoich piwnicznych rzeźniach, gdzie szatkujemy rzeczywistość na kawałki, bez piór, karnawałowych masek, ubrudzeni po czubek głowy.

One man army – army of one man.

Odkryłam, że nienawidzę komplementów. Przed minionym weekendem otrzymałam jeden. Był na tyle dosadny, że nie mogłam się po nim pozbierać. Jutro minie tydzień, a ja nadal przeżywam to traumatycznie. Nie chcę się rzucać w oczy. Chcę tylko, żeby efekty mojej pracy i twórczości miały zauważalny wpływ na całość lub jednostkę. Ale nie ja! Ja jestem tylko iskrą zza kulis.

Komplementy to dla mnie porażka.

Verified by MonsterInsights