Noc duszy
Z wielką ulgą pozbyłam się właśnie choinki. Której i tak miało nie być. Nie czuję świąt już od dłuższego czasu. Czuję magię przesilenia zimowego. Światłość, która wygrywa z ciemnością. I która powolutku, każdego dnia drąży skałę. Mam swoje święta, swój świat i swoją Krainę Wyimaginowaną. Mija właśnie rok jej istnienia w formie blogowej. To jest dla mnie prawdziwe święto. Czas na wielkie podsumowanie zatem.
Nie spodziewałabym się po sobie, że wytrwam. Każdy poprzedni blog trwał dłużej lub krócej, ale nigdy aż tyle. Ten rok to rok trwania, przetrwania, wytrzymywania. W każdym względzie. Trudny rok. Jeśli nie najtrudniejszy od dawien dawna. Rozjechana walcem wielokrotnie. Połamana i załamana. Jednak kończę będąc najsilniejszą wersją siebie w tym całym życiu.
Straciłam włosy, wplątałam się w toksyczny, ale na szczęście ultra krótki romans, odbiła mi się czkawka z przeszłości. Pojechałam w góry przedzierając się przez burze i grad. Zdobyłam dwa szczyty. Nie zabrakło też morza. Nawet tak na jeden dzień. Ani drinków z palemką. Umarły relacje, które nie były wiele warte. Dużo postaci z przeszłości pojawiło się w tym roku na mojej drodze, ale żadna z nich nie doczekała się trwałego renesansu. Utwierdzili mnie tylko w przekonaniu, dlaczego kiedyś te relacje przerwałam bądź same się pourywały.
Kończę ten rok w niezwykle wąskim gronie znajomych. Najwęższym, jakie kiedykolwiek miałam. I absolutnie nikogo mi nie brakuje.
Stałam się przodowniczką pracy. Nigdy nie zapomnę komputera na stole, tuż obok garnka z makaronem i mnie pośrodku chaosu, pragnącej wywiązać się z obowiązków zawodowych pod presją czasu oraz rolą matki. Płakałam i zaciskałam zęby. Wielokrotnie zaciskałam zęby i zaciskałam je tak bardzo, że jeden z nich rozłożył się na łopatki skazując mnie na wielotygodniową męczarnię. Pracowałam w bólu fizycznym i psychicznym, regularnie serwowanym przez toksyczne zachowania współpracownika.
Znów się zauroczyłam bez wzajemności. A potem przestałam wierzyć w uczucia wyższe. Zamarzłam i nauczyłam się tak nosić zbroje, by już się nie zsuwała.
Przestałam wierzyć w mnóstwo rzeczy, w które tak naiwnie i długo wierzyłam, jeszcze tuż przed rozpoczęciem tego roku. Naprawdę mogłam polegać wyłącznie na sobie. I swoich uczuciach do siebie.
Udało mi się dożyć dziewięćdziesięciu lat. I celebrować półurodziny. Sama wydałam swoją zakurzoną już powieść. Taką nieidealną i jednocześnie perfekcyjną. W końcu doczekałam się koncertu Wardruny, przekładanego od 2020 roku. I reaktywowałam swój norweski zapisując się na kurs po siedmiu latach przerwy.
Niestety, nie dane mi było zobaczyć w tym roku Norwegii. Plan się pokrzyżował w ostatniej chwili. To był cios.
Byłam za to na dwóch weselach bez osoby towarzyszącej i na obu bawiłam się najlepiej spośród wszystkich wesel, na których byłam w życiu. W tym własnym.
Dwa razy spontanicznie, z dnia na dzień, wyruszyłam sama na weekend. Raz nad morze i raz w góry. W sumie samotnych wyjazdów w tym roku miałam trzy. Zakochałam się w górach. To niewątpliwie przełomowe wydarzenie z tego roku, jak i mojego życia. Sporo w tym roku wydarzyło się takich przełomowych, skrajnych i wyjątkowych wydarzeń będących jednocześnie wydarzeniami życia. Chyba trochę za dużo, jak na jeden rok. Ale ostatecznie to chyba dobrze.
Domknęłam parę cykli. Przekonałam się, że to, co wydawało mi się wcześniej złe, nie było w istocie takie złe. A to co dobre, nie było wcale dobre. Udowodniłam sama sobie parę ważnych tez. I jeszcze bardziej zaufałam intuicji.
Przestaję bać się duchów i wiem, że można z nimi normalnie porozmawiać. Widzę jeszcze więcej tego, co niewidoczne. Czuję coraz więcej i jestem jeszcze bardziej wrażliwa, ale już nie podatna. Zrozumiałam swoją wrażliwość.
Myślę, że był to rok rozliczeń z przeszłością. Rok, w którym odżyły wszystkie moje traumy niemal jednocześnie. Rok będący nocą duszy.
Jestem zmęczona, ale lekka. Czuję ulgę. I przyzwyczajam się nieśmiało i delikatnie do swojej zaktualizowanej wersji.