Ukryta prawda
W piątek trzynastego siedzę i czaruję. Obok mnie mój charakterny asystent – kocur. Dziś niezwykle bajecznie mieniło się niebo zachodzącego słońca. Dziś też kończy się jeden z tych trudnych tygodni, gdy trzeba wcielać się w kilka osób na raz. Niemal codziennie zastanawiam się, jaka jest misja mojego życia, ale właśnie dostrzegłam, że jestem dobra w multiplikowaniu się. Chyba zatem muszę węszyć coś w tym kierunku.
Ach, te wszystkie retrogradacje, zwłaszcza mistrza Merkurego, wilcza pełnia w raku oraz sezon koziorożca sprawiają, że zaczynamy rok w trudny sposób. Wręcz agresywny. Jednakże nie odczuwam tego jakoś szczególnie mocno. Niewątpliwie jednak zauważyłam to w swoim otoczeniu. Atmosfera jest ciężka. Na szczęście już mocno zelżała i utrzymuje ten trend. Czyżby złe miłego początki?
Jak to jest, że tak bardzo bierzemy do siebie słowa osób, na których nam zależy, choćby to były najgorsze słowa, najbardziej absurdalne, krzywdzące i chore? I choćby tym osobom na nas nie zależało, to i tak ich zdanie będzie dla nas cenne? Dlaczego tak trudno jest rozdzielić intencję od jej nadawcy? Skoro nadawcą jest ktoś, kogo szanuję, cenię, na kim mi zależy, to już nie ma znaczenia, co powie, bo cokolwiek by to nie było – przejmę się tym? Nie rozumiem tego mechanizmu, chociaż też mu podlegam. Zło jest złem. Nie powinno się go przyjmować, choćby płynęło ze złotych pałaców.
Oczywiście to działa też na odwrót. Dobrych rzeczy nie przyjmujemy od osób, na których nam nie zależy i które w ogólności nie robią na nas wrażenia.
Idąc dalej, można stwierdzić, że przecież na jakiejś podstawie sobie dane osoby zakwalifikowaliśmy na te godne uwagi i te niegodne. Ale czy one zakwalifikowane raz, jako dobre już zawsze będą dobre? I te złe, czy zawsze będą złe?
Z ogromnym bólem oglądałam dziś „Ukrytą prawdę”, ponieważ rodzice wolnego, bezbagażowego trzydziestoparolatka byli wysoce przeciwni jego związkowi z samotną matką z siedmioletnim dzieckiem. Padały z ich ust słowa jak: „to nie jest dla ciebie odpowiednia kobieta!” albo „to ona musi akurat z tobą sobie życie na nowo układać?” albo „jak mieć dzieci to tylko własne, rodzone!” albo „omamiła cię, tyłkiem zakręciła i cię tylko wykorzysta!”. Tak, te historyjki z tego typu paradokumentów są może i głupie, może i śmieszne. Są, gdy się je ogląda przed telewizorem. Natomiast one są też żywcem wyciągnięte z rzeczywistości. Niestety. Dlatego lubię oglądać tego typu paradokumenty i rozkminiać zawiłości ludzkiej psychiki, których nigdy nie byłam w stanie pojąć, a które nie raz mnie w życiu skrzywdziły.
Dziś skrzywdził mnie ten odcinek. Wspomniana para była akurat niemalże w moim wieku oraz dziecko tej gorszem sortem kandydatki na partnerkę było w zasadzie w identycznym wieku, co moje dziecko. Ja wiedziałam i bez tego odcinka, że tak właśnie się traktuje kobiety po przejściach. Że w ten sposób mamusie synusiów o nas myślą. Że sami tacy synusie w ten sposób o nas myślą i klasyfikują w swojej hierarchii wyłącznie, jako łóżkową zabawkę. Ale jak to mówią – człowiek wiedział, a jednak się łudził. Ten odcinek tylko przypomniał mi mój ból i realia. W sumie lepiej, że odcinek paradokumentu, niż by znów sobie o tym przypominać na własnej skórze.
Tak losie, pamiętam o tym. Pamiętam doskonale, dlatego ostatecznie i definitywnie zamknęłam tę sferę swojego życia. Zaczynam ten rok z dala od tematów damsko-męskich i tego się zamierzam trzymać. Już swoje przeżyłam. Nic tu się więcej dobrego nie wydarzy. Skoro się nigdy nie wydarzyło, to że tak powiem – ja po prostu nie rokuję. Godzę się z tym. Mam talent do multitaskingu, dzięki któremu potrafię żyć bez miłości i partnerstwa. Sama ją sobie do siebie wytwarzam.