Psychosen północny
Dawno już nie miałam psychosnu pięknego, jak ten. Zaniepokoił mnie nagły zanik tych wizji. Taka pustka. Codziennie przed spaniem mogłam oglądać w głowie film, a od kilku miesięcy – nic. Nicość i od razu sen. Nigdy wcześniej to mi się nie zdarzało. A przynajmniej nie na tak długo. W ogóle od kilku miesięcy dzieją się ze mną dziwne rzeczy wewnętrznie. Mam tylko nadzieję, że moja noc duszy dobiegła końca. Lub, że chociaż dobiega.
I nadzieja jest, bo zjawił się pierwszy psychosen od dawna. Banalny, ale tak bardzo mój.
Sama w małym, drewnianym domku nad fiordem. Wokół tylko niczym nieskażona natura. Strome góry oraz morze. Aż nagle, nieoczekiwanie zjawia się motocyklista z bagażem. Rozbija sobie niedaleko namiot i bezczelnie postanawia się zatrzymać na jakiś czas, zaburzając moją introwertyczną strefę komfortu. Nie jestem zachwycona, natomiast on – wręcz przeciwnie. Uśmiechnięty, beztroski. Z wyglądu sprawia wrażenie nieokrzesanego Wikinga, ale po wymianie pierwszych zdań okazuje się niezwykle inteligentnym, dowcipnym i przenikliwym. Skrywa jakąś tajemnicę choć nie nosi maski. Nie w nim grama fałszu. Jest tylko taka intrygująca głębia jego duszy odbita w skandynawsko niebieskich oczach. Nie, nie topazowych. Bardziej koloru mroźnego morza. Wzbraniam się przed zawładnięciem przez niego moich myśli. Jestem przekonana, że potraktuje mnie, jak każdy. Nie mam przecież innego wzoru. Nie mówię mu o tym, lecz on dokładnie wie, o czym myślę. Rozumie moje obawy i usilnie szuka do mnie klucza. Ja chcę mu go dać, ale jeszcze bardziej pragnę go ukryć, by nikt już nigdy go nie znalazł i nie skrzywdził. Najchętniej wyrzuciłabym go do morza. Jednak tajemniczy nieznajomy jakoś tak wybitnie za każdym razem trafnie chwyta i powstrzymuje moją dłoń, gdy tylko ją unoszę zamierzając pozbyć się klucza na wieki. Irytuje mnie on. Chciałabym, aby już wreszcie spakował swój biwak i odjechał. Ale jednocześnie wiem, że on mnie nie zostawi. Choćbym była najpodlejsza i choćbym zamknęła się w swoim małym domku na cztery spusty.
A ja i tak próbuję. Zamykam się. Oddalam. Chowam. Siebie i klucz. Owijam się kołdrą i nadal trzęsę z zimna. Nieustannie mi zimno podczas, gdy on spaceruje w krótkim rękawku i kąpie się nago w morzu. Bo w zasadzie to jest lato. Lecz ja zamarzam. On pragnie dać mi ciepło i ja pragnę je przyjąć, ale jeszcze bardziej obawiam się oparzenia. Wybieram swój chłód. W chłodzie zawsze można przykryć się dodatkową warstwą. A będąc w ogniu nic już nie można zrobić. Będą rany, spalona skóra, nieodwracalne blizny. Utrata jakiegoś życia czy po prostu życia.
Wiem jednak, że on nie pozwoli mi zamarznąć ani się sparzyć. Wiem, lecz i tak jeszcze nie ufam. Zastanawiam się, czy on nie jest jakimś psychopatą, socjopatą lub pospolitym mordercą albo gwałcicielem. W końcu zaczynam myśleć, że i tak już nic lepszego, jak śmierć mnie nie czeka. Mam przecież dziewięćdziesiąt lat. Ta myśl sprawia, że jestem skłonna się nieco bardziej przed nim otworzyć. Dopiero wtedy na to wpadam – jeśli założę sobie, że on mnie może skrzywdzić, to wtedy potrafię dać z siebie coś na kształt zaufania. Bo przecież nie znam innego wzorca. Znane jest mi doskonale ufanie zbrodniarzom za to.
Nie mam więc wyjścia innego aniżeli uznać go za zbrodniarza, bo być może tylko w ten sposób się go pozbędę. Albo on pozbędzie się mnie.