Na pełnym morzu

Nawalam tekstem do pierwszej. Bo mogę.

Mam taką złotą zasadę, że nie piszę po alkoholu. Nigdy. Ale od czego są zasady? Ano właśnie i dokładnie od tego, by je łamać. Jest piątek – nie już sobota. Jest noc między piątkiem a sobotą, a ja jestem po alkoholu i piszę. Tak właśnie. Aczkolwiek, trudne słowo, miałam to zrobić jeszcze dwudziestego siódmego. Bo dwudziesty siódmy jest specjalny. Zawsze. Cóż, przebiło na dwudziestego ósmego.

Prawdopodobnie ten wpis zniknie szybciej niż się pojawił, ale musiał się pojawić choćby na chwilę. Potrzebuję uwolnić masę emocji. Od tego właśnie jest Wyimaginowana. Co rocznie opłacana. Dziękuję.

Wiecie, że praca w IT niszczy psychę? Niszczy doszczętnie. A hajs, choć przaśny, nie jest w stanie tego zrekompensować. Mogę go wydawać na liczne podróże, kursy językowe czy inne. Mogę wydawać na książki, netflixy i inne. To nic nie daje. Wszystko w tym świecie jest za coś. Nie ma nic za darmo. Ja jestem wariatką, bo od dzieciaka chciałam umieć programować. Chciałam umieć śmigać po tej klawiaturze, jak ten pan Piotr, co przyszedł naprawić komputer po mojej rozjebce.

Ale ja i tak kocham IT. Po coś jest to wcielenie. Trzeba na coś to życie zmarnować. Coś musi je zabić. Byle tylko po coś.

Na ostatniej lekcji norweskiego w tym semestrze zapytano nas, kim chcieliśmy być za dzieciaka i kim zostaliśmy. Tylko ja miałam nudne zdanie do wypowiedzenia. Bo od dzieciaka chciałam być informatykiem i nim zostałam. Potem padło pytanie, co zrobimy po kursie norweskiego. Padło pytanie, czy zamierzam wyprowadzić się do Norwegii. Odpowiedziałam, że nie, ale mnie to cholernie zabolało. Cholernie zabolało.

Jestem wkurwiona na mojego byłego, że był taki, jaki jest. Że przez ten związek muszę być tu, gdzie jestem. Gdyby nie dziecko – wyjechałabym już dawno. Ale to nie tak, że dziecko jest problemem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę tego pojąć. Kocham mój kraj, którym jest Norwegia i kocham moje dziecko, które jest tu w Polsce. Jestem rozbita. Mimo wszystko wybieram dziecko. I nie mam krzty żalu o to dziecko, bo ono jest tu kompletnie niewinne. Nikt tu nie jest winien. Taka karma. Taki duszy plan, który trzeba zaakceptować.

Obejrzałam film o bitwie o Narvik. Nie, to nie alkohol mnie rozjebał tak naprawdę. To ten film. Tak samo, jak dokument na Discovery, który oglądałam dwadzieścia lat temu. O bitwie o Narvik. Nie rozumiem tego albo nie chcę do końca zrozumieć. Smutno mi Boże.

Jestem niemal pewna, że jedno z moich poprzednich wcieleń miało coś wspólnego z bitwą o Narvik. Stąd ta moja norweska miłość, która propaguje z roku na rok. Stąd ten rozjazd psychiczny po obejrzeniu filmu, po którym zdecydowałam się pisać, chociaż od dłuższego czasu trzymam emocje mocno na wodzy. Bo przecież ja jestem taka toksyczna.

Brak mi słów by w pełni opisać, co teraz dzieje się w mojej głowie. Ale może to i lepiej. Może lepiej, by to nie zarażało. To jest jak wirus. Jak jebany covid.

Zdałam sobie sprawę, że jestem silniejsza, niż bym sądziła. Po raz n-ty opierdalam tydzień opieki na chorym dzieckiem i jednoczesnej pracy. Ani dziecko ani praca nie odczuły mojego jebanego rozdwojenia. Poza mną, która teraz tu napierdala tekstem o pierwszej. I krew z nosa leci. I nie dbam o to.

Tak właśnie. Praca i dziecko chore na zapalenie oskrzeli bo jaśnie tata w dupie miał jej przeziębienie. I ja musiałam ratować wszystko. Musiałam załatwić lekarza, leki, wszystko. I musiałam ratować i rozdwajać się i potrajać. I jeszcze kończyć kurs norweskiego. I jeszcze pisać po nocach, bo kocham pisać i jeszcze tworzyć tik toki, bo kocham Tik Toka.

A teraz w piątek wieczór z sobotą graniczący wyrzyguję tutaj to wszystko, czego nie powinnam, co sobie sama zakazuję. Leci Spotify, ukochana muzyka, a ja napierdalam tekstem i do pierwszej. I tak do pierwszej.

Jestem wkurwiona. Nie, absolutnie nie jestem załamana. Nie potrzebuję jebanych psychotropów. Jestem zwyczajnie wkurwiona.

Mogę zrobić wiele. Mogę wcielić się w rolę mężczyzny, ale gardzę tymi, którzy mi na to pozwalają. Jako królowa skazuję was na potępienie.

Ciągle marzę o bukiecie czerwonych, soczyście czerwonych róż. O zaskoczeniu. O spontaniczności, inicjatywie i kreatywności. Ja już naprawdę nie chcę być tą jebaną Laghertą. Ja już naprawdę rzygam tekstem 'co cię nie zabije, to cię wzmocni’, bo ja to doskonale wiem. Ja już naprawdę nie chcę się znów wzmacniać, bo co za dużo, to niezdrowo.

Dziękuję.

Verified by MonsterInsights