Na pełnym morzu

Międzywymiar

Coś we mnie bezpowrotnie umarło. A może się właśnie naprostowało? Podobno trzeba się cieszyć z drobnych rzeczy. I zawsze się cieszyłam. A może je wyolbrzymiałam i cieszyłam się sztucznie? Mój entuzjazm i ta słynna dziecinna wiara w niemożliwe straciły swoją moc. Zgasły.

Kiedyś męskie, maślane spojrzenie wywoływało we mnie ekscytację, wzbudzało ogromne nadzieje i kojarzyło się jednoznacznie. Zachwycałam się tym, wzmacniałam poczucie własnej wartości i budowałam gigantyczne oczekiwania. Dość zero-jedynkowe. A nawet bardzo.

Dziś to dla mnie kompletnie nic nie znaczy. Dopóki nie ma konkretnych czynów – nie ma już dla mnie niczego.

A poczucie własnej wartości jest stałe. Niezależne. Silne i niezależne. I ciągle rośnie w siłę. Już czwarty rok. Czwarty rok – odbudowy, budowy, stabilizacji.

Kiedyś wychodząc od fryzjera czułam się, jak miss świata. I wyobrażałam sobie, jak kolejka adoratorów ustawia się u moich stóp. Gdy tak się nie działo – byłam rozczarowana. Cholernie mocno cieszyłam się samą wizytą i jej efektem, a krótko potem cholernie się rozczarowywałam, gdy oczekiwania się nie spełniały. Sinusoida.

Dziś jest to dla mnie przyjemne doświadczenie, ale bardzo krótkotrwałe. Nie wiem, czy nie umiem już się tak cieszyć, tak szaleć, czy to po prostu świadomość, że żadna nowa fryzura nie sprawi, że stanę się kimś innym. Mogę być nordycką, utlenioną do granic wytrzymałości włosa blondynką, mogę być objechana maszynką. Wszystko już mi jedno. Ale naturalnie jest wygodniej. I przyjemniej na dłużej. I taniej.

Doceniam i cenię sobie bardzo każdą chwilę swojego singielskiego życia, lecz są momenty, że znów chciałabym poczuć te narkotyczne, miłosne emocje. Jednak takie trwałe i prawdziwe, których de facto nigdy nie przeżyłam. Zatem tak naprawdę nie mogę wiedzieć, czy to jest dla mnie dobre. Nie doświadczyłam nigdy prawdziwej miłości. Jedynie intuicja mi mówi, że to może być fajne. Z drugiej strony nie widzę kompletnie, jak to miałoby tak przyziemnie wyglądać – jak to tak z kimś zamieszkać? Jak podzielić przestrzeń, miejsce w szafie, nawyki, rytm dnia? Jak to wszystko połączyć i zgrać? Widzę miliony szczegółów, których nigdy nie widziałam i nie mam bladego pojęcia, jak to w ogóle może być możliwe, by je ze sobą harmonijnie zsynchronizować. Każdy człowiek jest tak strasznie skomplikowaną, złożoną i unikalną mieszanką. Czy to możliwe, by istniały dwie, naprawdę pasujące? Ja wiem, że ludzie żyją w związkach przez lata, całe życie, lecz absolutnie już nie wierzę w to, że oni wszyscy, a przynajmniej większość z nich rzeczywiście potrafi się porozumieć. Według mnie dominują wyłącznie układy oparte o bardzo wąskie i proste aspekty, jak dobro materialne, pożądanie lub strach przed samotnością.

A ja tak nie chcę. I nie chciałam.

Może mam wybujałe oczekiwania? A może wybieram naturalność?

Jeśli nie istnieje naturalnie do mnie pasująca jednostka, to znaczy, że będę sama. I kropka.

Z okazji Dnia Singla skasowałam dziś Tindera, którego założyłam zaledwie cztery dni temu. Być może okres walentynkowy, a być może okołoowulacyjny sprawił, że znów mnie naszło, by utworzyć profil. Odkąd się rozwiodłam zakładałam i kasowałam tam konto już chyba kilkanaście razy. Rzadko wytrzymywałam miesiąc. Liczba par, które mi się utworzyły w tych wszystkich próbach łącznie, nie przekroczyła raczej dziesięciu. Nigdy też nie byłam na randce z Tindera. Grubo ponad dziewięćdziesiąt procent profili przerzucałam na lewo. Teraz, w tym najnowszym podejściu trochę się wyluzowałam i na lewo poszło może już tylko osiemdziesiąt procent. W efekcie powstała jedna para – milcząca, dlatego ją skasowałam po kilku godzinach. A dziś właśnie skasowałam cały profil. To naprawdę nie ma dla mnie sensu. I nie dlatego, że tam są jacyś beznadziejni ludzie – absolutnie nie! Problemem dla mnie jest to, że ja nie wiem, jacy tam są ludzie. Bo są wirtualni. Awatary – nie mam pojęcia, jak bardzo zgodne z rzeczywistością. Suche zdjęcia, opisy – to dla mnie za mało. Wyczuwam po zdjęciu energię danej osoby, lecz i tak nie jestem w stanie zdalnie wyczuć, czy będzie między nami chemia. A bez niej nie ma niczego.

To jak wymuskany Instagram i człowiek w rzeczywistości. Oczywiście, że Instagram będzie wymuskany, bo chcemy się wszyscy dobrze prezentować. To jest normalne i dobre. Ale Instagram to Instagram. Inny wymiar. Tak samo wszystko inne – fejsbuki, linkediny, tindery, tiktoki, wpisać dowolne. Tak samo, jak i ten blog. To tylko kraina wyimaginowana. Inny wymiar.

Podobno nasza dusza żyje w kilku światach jednocześnie. Ta jej część, która jest tutaj na Ziemi, to tylko jakiś niewielki ułamek. Tak jak instagramy, fejsbuki, linkediny, tindery, tiktoki, wpisać dowolne. Trudno jest będąc w wymiarze ziemskim zadawać się i wiązać z istotami z innych wymiarów. Trudno jest je poznać. Można jedynie nadać takiej istocie wyobrażenie – otoczkę, która wpisze się w ziemskie, znane nam klimaty i obrazy. I wtedy polegamy wyłącznie na tej otoczce. Ot, chociażby wyobrażamy sobie anioły, jako istoty wyglądające, jak my, tylko tyle, że z ptasimi, ogromnymi skrzydłami. Ale jakie one są naprawdę? To będzie można poznać dopiero, gdy znajdziemy się razem w tym samym wymiarze.

Ja mam problem z przełączaniem się między wymiarami. To dla mnie bardzo trudne, aby nawiązać z kimś kontakt w jednym wymiarze, a potem się przenieść do innego. W ogóle najprawdopodobniej mam problem z nawiązywaniem jakichkolwiek kontaktów. Być może dlatego, że nawiązywanie jakiegokolwiek kontaktu coś dla mnie znaczy. Interakcja, każda, najmniejsza – coś znaczy. Wyolbrzymiam? Mam wybujałe oczekiwania?

Jestem już zwyczajnie za stara, aby nie być singlem. Popełniłam w życiu straszny falstart. I przegrałam.

Verified by MonsterInsights