Astroprojekcja piąta
Czymże jest czas? Czy można go zaszufladkować do jednej definicji? Czy jest stały, niezmienny? Czy jest jakąś wyrocznią? Panem naszego życia? A może lekarzem? Jak zdefiniować zbiegi okoliczności? Ile czas ma wymiarów?
Jak zwykle po południu bawiła się w swoim pokoju. Pochłonięta wymyślaniem kolejnych scenek, w które wczuwała się całą sobą. Zwykły regał był wysublimowaną rezydencją, a podłużna doniczka luksusową wanną. Mogłaby tak siedzieć całymi dniami. Zamknięta w świecie swojej nieograniczonej wyobraźni. Wcale nie miała ochoty z niego wychodzić. Zawsze tam czuła się najbezpieczniej i najbardziej komfortowo. Co zobaczyła oczami wyobraźni, widziała również fizycznie. Miała może pięć lat. Inne dzieci w jej wieku biegały, jak szalone po podwórku, a w domu zwykle nie mogły usiedzieć w miejscu dziesięciu minut. Ona była zupełnie inna.
Nagle, zdarzyło się coś, co wybiło ją z jej barwnego świata. Zwykły i niezwykły dzwonek do drzwi. Nie zrobiłby na niej wrażenia, gdyby nie głos tajemniczego gościa, a jeszcze bardziej jego intrygujące słowa. Nasłuchiwała dokładnie z kryjówki na górze:
-Dzień dobry, zastałem Anię?
-A o co chodzi?
-Podobno Ania tutaj mieszka. Przyszedłem się z nią spotkać. Może ją pani poprosić?
-Zgadza się mieszka tutaj Ania, ale to dziecko. Czego pan chce od dziecka?
-Dziecko? Nie, ja przyszedłem spotkać się z Anią, dorosłą dziewczyną. Jestem pewien, że dobrze trafiłem.
-Niech pan sobie stąd natychmiast idzie!
-Ale ja specjalnie ze Swarzędza przyjechałem! Ja muszę się zobaczyć z Anią, bardzo proszę!
-Do widzenia panu! Powiedziałam przecież, że jedyna Ania, która tutaj mieszka ma pięć lat!
-Ania, Ania, jesteś tam?! Ania! To ja M…
Zbiegła prędko na dół. Zawsze bała się obcych i konsekwentnie unikała z nimi jakiejkolwiek interakcji, lecz tym razem jakiś silny zew dodał jej odwagi. Jakby wiedziała, że ten, który przyszedł wcale nie jest obcy.
-Babciu, puść mnie! Ten chłopak do mnie przyszedł!
-Ale mowy nie ma! To dorosły facet, nie znasz go!
-Ale on mówił moje imię! Ja chcę z nim pogadać!
-Nigdy w życiu!
-Ale on przyszedł do mnie…
Zrezygnowana pobiegła z powrotem na górę, aby go lepiej zobaczyć z okna. Blondyn. Na motocyklu. Długo jeszcze nie odjeżdżał. Rozglądał się po podwórku zdezorientowany i zawiedziony.
Minęło dwadzieścia sześć lat.
I spotkali się wreszcie.
On dalej taki sam. Na motocyklu. A ona? Piękna, dorosła kobieta, z taką samą wyobraźnią.
Oboje mieli po trzydzieści lat.
Pewne rzeczy się nie zmieniają, a inne tak.
To czymże jest ten czas? Ile ma wymiarów?
Bliźniacze Płomienie zawsze się odnajdą. Ponad wymiarami. Ponad ograniczeniami.