Na pełnym morzu

„I nie zmienia się nic – dalej trzeba żyć”

Ostatnie zawirowania retrogradującego Merkurego nie słabną. Jednak trwający sezon byka daje mi wytrzymałość. Szczególnie, że jest to dla mnie sezon urodzinowy, a on zawsze roztacza dodatkowy parasol ochronny i niezwykłe moce. Odliczam dni oraz minuty do końca tego szaleństwa.

Dziwnie i jakoś nieswojo czuję się z myślą, że w moim życiu już nic się nie zmieni. I nie wiem skąd ta pewność – czy to intuicja, czy logika? Tak czy inaczej nie widzę dla siebie zmian. Z jednej strony to przygnębia w obawie przed rutyną i znów tym poczuciem bycia dziewięćdziesięciolatką. Z drugiej – przecież nie jest źle. Praktycznie rzecz ujmując, człowiek przeciętnie żyje te osiemdziesiąt lat, zatem chyba jakoś przetrwam. Wystarczy drugie tyle, co mam i już będzie prawie finisz. A tyle, ile mam przeminęło z wiatrem. Mam wrażenie, że dopiero co śmiałam się z rozpaczy wraz z koleżanką siedząc w ostatniej ławce, po otrzymaniu kolejnej dwói, z kolejnej kartkówki w pierwszych tygodniach w liceum, a tymczasem siedzę już, jako pani w niemal średnim wieku na kanapie swojego wysublimowanego salonu, z laptopem na kolanach i popijam bezalkoholowe Karmi po koszmarnie trudnym tygodniu pracy. I czytam to zdanie ponownie zachwycając się, jakże epicko długie wyszło. I klepię się po plecach myśląc: „no zacna z ciebie grafomanka nawet!”.

A jednak się coś zmieni. Z pewnością fryzura. I to nie raz.

Zastanawiam się, jak dać upust temu, co we mnie siedzi i co jest bardzo świeże. Nauczyłam się kontrolować te chimeryczne stworzenia i wiem, że są jeszcze zbyt dzikie, aby je wypisać. Nie napiszę zatem nic. Ukiszę to jeszcze w sobie. Albo zduszę i nigdy nie wypuszczę. I tak zresztą byłoby to nudne. Zostanę z tym sama do końca życia. I nie zmieni się nic. Bo pewne rzeczy się nie zmieniają.

Verified by MonsterInsights