Astroprojekcje

Astroprojekcja siódma

Zadaszony taras wychodzący wprost z przestronnego salonu na duży ogród. Jest lato. Ciepłe promienie popołudniowego słońca zwinnie przenikają pomiędzy krzewami. Wszystkie istoty żywe zamieszkałe w tymże nowym i pięknym domu spędzają teraz czas właśnie tutaj. Na tarasie bądź na trawie.

Oni – kreatorzy tego sielskiego obrazka siedzą niczym król z królową na swych rattanowych, jakże wygodnych fotelach. Sączą zimną lemoniadę i tak po prostu napawają się chwilą. Mają wszystko, chociaż jeszcze nie tak dawno nie mieli niczego.

Targani emocjonalnymi burzami, żyjący w szarości i monotonii codziennego dnia. Zafiksowani na pracę, by nie myśleć za dużo. Kochali się i krzywdzili, by za chwilę znów się kochać i krzywdzić. Jakby nie byli zdolni się dotrzeć, ponieważ jakakolwiek, nawet delikatna tego próba zawsze kończyła się jakimś zadraśnięciem. Było trudno, gdy byli blisko, ale źle, fatalnie i jeszcze gorzej, gdy byli osobno.

Było trudno, ale zawsze wtedy ich oczy nabierały blasku i koloru. Nowe siły wstępowały zarówno w mięśnie, jak i psychikę. Było trudno, ale zawsze wtedy pięknieli tak na zewnątrz, jak i w środku. Odmładzali się i uzdrawiali. By za chwilę wpaść w sam środek huraganu, poobrażać się, zamilknąć i oddalić.

I gasnąć w oddali. Oczy z niebieskich robiły się szare. Na twarzy przybywało zmarszczek, a na skroniach siwizny. Brakowało motywacji do wyjścia z domu, do kontaktu z ludźmi, do czegokolwiek, co tylko nie było absolutną koniecznością. Spotykali się wówczas wyłącznie w swoich snach, ale wtedy tęsknota jedynie się pogłębiała.

Ta szalona sinusoida trwała latami. I każde z nich było wobec niej bezsilne. Nie umieli się z niej wyplątać, choćby i chcieli. Lecz wcale tak do końca nie chcieli bo zdecydowanie bardziej chcieli i potrzebowali siebie nawzajem. Jak powietrza i wody. I ziemi i ognia. Stanowili jedną duszę na dwa ciała rozdzieloną. Tej więzi nie dało się rozerwać w żaden ziemski i nieziemski sposób.

Nie było nadziei, że coś się zmieni. Nie było już sposobności.

Jednak mimo, że na pierwszy rzut oka nie odczuwali różnicy pomiędzy kolejnymi górami i dolinami, to w istocie one były. Stopniowe, nieznaczne, ale konsekwentne. Ich energie powolutku się bilansowały. Raz jedno uciekało, innym razem to drugie. Raz jedno nadrabiało, innym razem to drugie.

Aż w końcu nadszedł ten dzień, kiedy to żadne z nich nie musiało gonić ani uciekać. Wreszcie złapali się na tej samej fali, a sztorm ustał. Od tej chwili, na spokojnych i ciepłych wodach zaczęli płynąć nierozłącznie.

I w jednej chwili nadrobili czas stracony na burze. Oczy odzyskały na stałe swój topazowo-morski kolor oraz blask zachodzącego, letniego słońca. Ciała się wygładziły, a wspólna dusza zrobiła się lekka, jak piórko. Jedynym chłodem, jaki odczuwali był chłód letniej lemoniady, popijanej niespiesznie w ogrodzie swojego pięknego domu, patrząc jak radośnie bawią się ich dzieci.

Verified by MonsterInsights