Surrealizm
Zapragnęłam dziś umrzeć w trybie natychmiastowym. Wyłam i myślałam, jak ze sobą skończyć. Naprawdę i szczerze nie chciałam żyć. I to nie pierwsza ani zapewne nie ostatnia myśl w moim życiu. Kiedyś może nadejść ta ostatnia, bo w końcu się poddam. I nie wiem, czy wolałabym, by nadeszła ta ostatnia, bo się nie poddam.
Potem wzięłam tabletkę uspokajającą. Nie rozumiem emocji, które czuję w tym tygodniu. Jestem nieustannie spięta i zestresowana chociaż nic się nie dzieje. A gdy stres sięga zenitu, to boli. Boli tak mocno, że wyję o śmierć.
Stres z niczego.
A potem wszystko potoczyło się surrealistycznie. Tabletka podziałała i dokończyłam machinalnie swoją pracę. Ubrałam kolorową sukienkę i wyruszyłam na meksykańską fiestę do przedszkola, po której z kolei wylądowałam na spotkaniu z norweskim pisarzem.
Nie rozumiem tego zjawiska. Może po prostu zbliża się okres. A się zbliża w istocie.
I tak nie jestem przekonana, czy chcę iść dalej. Nie wiem po co żyję i to mnie boli.
Może tylko po to, aby cierpieć z niespełnionej i nieodwzajemnionej miłości?
Może tylko po to, aby na tym paliwie tworzyć?
Tworzyć coś, czego i tak nikt nigdy nie przeczyta.
Wczoraj na lekcji norweskiego o mało się nie rozpłakałam przy czytance. Historia rozwiedzionej kobiety, która krótko po rozwodzie spotyka fajnego faceta, z którym od razu wzajemnie łapią kontakt, po czym się okazuje, że los ich rozdziela na trzydzieści lat. Spotykają się ponownie, jako emeryci po siedemdziesiątce i wtedy dopiero następuje „i żyli długo i szczęśliwie”.
Dlaczego ja od razu wiedziałam, że to o mnie? A przynajmniej ta część do rozdzielenia i życiu w rozłące.
Przeraża mnie myśl, że też będę musiała tyle albo i więcej zaczekać. Bez gwarancji, że jest w ogóle na co czekać.
Nie potrafię zapomnieć. Nie potrafię się odkochać. To wszystko, co tak usilnie próbowałam w sobie zdusić wróciło teraz spotęgowane. A przecież byłam źle traktowana. Więcej dawałam niż dostawałam. Moje zdanie i moje wszystko było na drugim miejscu. Zawsze. Mogłam się zadowolić jedynie ochłapami. Nie byłam całowana ani przytulana. Tylko gwałcona. Emocjonalnie. Poprzez emocjonalną huśtawkę. To nielogicznie, że mogłam tak mocno pokochać kogoś, kto tak bestialsko mnie traktował.
A jednak.
Wierzyłam i wierzę nadal, że to tylko taki pancerz… I tym podobne. Tak, ja naprawdę w to wierzę.
Ja najwyraźniej nie kocham siebie i pomimo wszystkich zabiegów, starań, przemian, których dokonałam, nadal stoję w tym samym miejscu. Nic mi się nie udało. Kompletnie nic. Cały ten rozwój duchowy i inne mądrości – nic nie dały.
Jestem puchem marnym.
Mogę sobie tak pisać.
I to już nie pomaga.
Miałam sen. Widziałam w nim wróżkę z wyblakniętymi tęczówkami. Powiedziała mi, że nie da się uwolnić od swojego Bliźniaczego Płomienia. Że jak on umrze to i ja umrę. Jesteśmy niepodzielni.
Zatem nie umrę, bo nie chcę by On umarł.
Modlę się za niego każdego dnia. Tak, jak tylko potrafię najlepiej.