Niebieski Bunad
Niemiecki bądź skandynawski power bądź heavy metal w uszach. Błękitne światło lampki solarnej. Latające chrabąszcze. Długi letni wieczór. Lata, którego w ogóle nie czuję. Ciągle jest mi za zimno. Może dlatego, że kocham ten lód i to zimno. Może już nigdy nie odtaję.
Może jest mi z tym dobrze. Jedyną potrzebą jest bliski kontakt z naturą, muzyką oraz moim światem wewnętrznym. Cała reszta to wieczna walka o przetrwanie.
Może urodziłam się w niewłaściwym wymiarze albo czasie. A może właśnie w dokładnie takim, w jakim miałam się zjawić. Może mam jakąś misję, a może tak mi się tylko czasem wydaję.
Chciałabym kiedyś ubrać najprawdziwszy, niebieski Bunad. I wyjść w nim dumnie na ulice, wymachując chorągiewką. Chciałabym kiedyś usłyszeć i powiedzieć „jeg elsker deg”. I głośne, radosne „JA” nad brzegiem morza.
A potem niech wali się świat.
Chciałabym już nie musieć. Nosić zbroi. Otwierać się. Uciekać przed zgiełkiem. Komukolwiek się tłumaczyć.
Chciałabym. Widzieć mrok tylko w nocy. Rozświetlony gwiazdami. Lub zorzą. Lub słońce przez całą dobę.
Chciałabym już nic nie chcieć.
Coś we mnie umarło.