20 kroków do blondu
Dziś będzie krótko.
- Zapisałam się do fryzjera na kolor – oczywiście zimny, jak lodowiec blond.
- Przyszłam na wizytę, a pani mi powiedziała, że mamy tylko 2h i ona nie zdąży bo trzeba dekoloryzację zrobić.
- Zapytałam o inne możliwości – cokolwiek, co da się zrobić w 2h bo nie mogę patrzeć na to co mam na głowie.
- Możliwości brak.
- Poza jedną – umówić nową wizytę w innym salonie z sieciówki na następny dzień.
- Tak zrobiłam.
- Na drugi dzień w innym salonie z sieciówki przyjęła mnie ta sama pani.
- Przy czym miała drugą panią do konsultacji.
- Ustaliły, że ogarną to pasemkami, bo najbezpieczniej.
- Zgodziłam się.
- Robota się zaczęła. Pasemek było podejrzanie mało, a kolor farby podejrzanie nieznajomy (rozjaśniałam włosy regularnie przez kilka lat, wiec zapach amoniaku i lodowaty kolor farby znam na pamięć).
- Mycie, suszenie i… mam to, co miałam. Jedyna różnica to gdzieniegdzie jakieś srebrne niteczki – kropka w kropkę, jak kolejne siwe włosy, których nie znoszę.
- Panie się wykłócały, że to jest blond, że trzeba pod innym światłem, że to się wymyje i będzie lepiej widać.
- I tak miałam zamiar zapłacić, chociaż nie powinnam.
- Drugi dzień z rzędu wyszłam z salonu ze łzami w oczach. Wizyta trwała nieco ponad 2h i nie było żadnej dekoloryzacji.
- A potem poszłam do Rossmanna po rozjaśniacz i toner.
- Rozrobiłam w domu w osłonce doniczkowej i nałożyłam pędzelkiem spożywczym z ikei bo miałam akurat dwa.
- Tak, jest żółto i rudawo, ale o niebo lepiej! Wolę moje rude żółtko niż brak efektu i nijakość.
- JLD to sieć, której od lat ufam właśnie dlatego, że tylko tam zawsze robili mi blondy, jakie chciałam bez najmniejszego problemu i niezależnie, w ręce którego fryzjera wpadłam – każdy sobie poradził. Wszyscy byli na mega wysokim poziomie.
- JLD – co się z Wami stało?! Rozpaczam.