Na pełnym morzu

Lokomotywa

Pamiętam, jak wracałam kiedyś pociągiem do domu z wykładów. Piątek, zatłoczony dworzec, przepełniony peron. Do planowego odjazdu coraz mniej czasu, a składu brak. Ludzi przybywa, pociągu nie ma. W końcu nadjechał i wszyscy wtłoczyli się do środka. Z dziećmi, psami, kanarkami. Stałam między nimi na wdechu i jednej nodze. Nie narzekałam, bo przede mną było tylko pół godziny drogi do domu, a większość pasażerów miała przed sobą znacznie dłuższą podróż. Pociąg ruszył, lecz ku ogromnemu zdziwieniu – do tyłu. Jeden młody chłopak zaśmiał się wówczas i powiedział, że pewnie musi nabrać rozpędu. To skutecznie rozluźniło dość nerwową atmosferę, a mnie ugrzęzło w pamięci. Bo czasem trzeba zrobić kilka kroków wstecz, aby móc ruszyć pełną parą naprzód.

Po około dwóch latach po rozwodzie zaczęłam się zakopywać i bunkrować. Pozwoliłam, by mój ulubiony, jasny blond wypłowiał i włosy odrosły w całości w swoim naturalnym, ciemnym kolorze. Przestałam malować paznokcie, a jeśli już to tylko samodzielnie w domu zwykłymi lakierami. Coraz rzadziej bywałam u fryzjerów i kosmetyczek. W szafie też zrobiło się szaro, nudo, powszechnie. Coraz częściej wychodziłam bez makijażu i porzuciłam mój charakterystyczny zwyczaj zakładania długich i najlepiej asymetrycznych kolczyków. Coraz rzadziej zakładałam wysokie obcasy. W końcu ścięłam włosy i uwidoczniłam zaczątki siwych skroni, które wyraźnie odznaczały się na tle głębokiego brązu. Wszystko w imię naturalności.

Zawodowo tak samo – z premedytacją zeszłam z wyższego stopnia zmieniając pracę. Chciałam się ukryć w szeregu.

Zginąć w tłumie, szarości, schować się przed światem.

Zrobiłam wiele kroków wstecz.

I nie żałuję tego, ponieważ dałam sobie czas, by dojrzeć psychicznie do pewnych spraw.

Wreszcie ten moment przyszedł sam – kiedy przestał mi się podobać naturalny kolor włosów, siwizny i inne szarości.

Ruszam do przodu. Włosy rozjaśnione, kosmetyczki zabukowane w kalendarzu. W szafie kolorowo, oryginalnie, z przekąsem. Zestaw kolczyków w szkatułce. Długich i asymetrycznych. A stopy znów w dobrze znanych odciskach po obcasach. Może jeszcze nie na pełnej prędkości, jeszcze wytaczam się z peronu, ale przynajmniej we właściwym kierunku.

Pierwszy etap po rozwodzie – euforia, nowe życie, jak na haju. Cieszyłam się wolnością jednocześnie będąc pewną, że nie potrwa ona długo. Potem przyszła codzienność i takie dogłębne uświadomienie sobie, że nie jest łatwo znaleźć wartościowego, odpowiedniego partnera . Oraz, że mogę go już nigdy nie znaleźć. Że tak to życie już będzie wyglądało do końca – samotne dźwiganie wszystkiego dosłownie i w przenośni. Wtedy poczułam ten ciężar tak naprawdę i zapadłam w melancholię. A teraz? Pogodziłam się z losem. Wiem, że to życie może już do końca dokładnie tak wyglądać, ale przestałam rozpaczać. Po prostu idę i robię swoje. W moim ulubionym kolorze włosów.

To trochę tak, jak rozpoczęcie nowej pracy. Najpierw euforia – wszystko jest wspaniałe, ciekawe, rozwojowe, pensja rewelacyjna i ludzie do rany przyłóż. Później się okazuje, że nie wszystko jest wspaniałe, a wręcz mało co można tak określić. Pensja z czasem zaczyna powszednieć i przestaje robić wrażenie, szczególnie gdy rosną wydatki. A ludzie – jak ludzie. Nie są doskonali i nie raz ranę rozdrapią. Chcący bądź niechcący. Lecz widzisz, że za bardzo nie masz dokąd pójść lub, że to miejsce jest i tak najlepszym, jakie się mogło trafić. Wszelakie alternatywy są daleko w tyle pod wieloma względami. I mimo wszystko czujesz to coś, jakiś sentyment czy inne emocjonalne powiązanie z duchem firmy. Zatem wiesz, że i tak najlepszym, co możesz zrobić, to zaakceptować, nauczyć się dźwigać ciężary i wyciskać, jak najwięcej radości oraz korzyści, skupiać na tym, co dobre. W tym dopiero momencie możesz przyznać, że jesteś pracownikiem – że jesteś na miejscu. To, co wcześniej to był etap przejścia. Hartowania.

To trochę tak, jak wszystko, co nowe.

Bo czasem trzeba zrobić kilka kroków wstecz, aby móc ruszyć pełną parą naprzód.

Verified by MonsterInsights