Godzina
W pierwszych chwilach wolności i normalności po czasie ucisku tak naprawdę nie wiesz, co robić. Nie dowierzasz, że coś można i że się da. Że to się dzieje naprawdę. Boisz się, że to podpucha i za chwilę, tuż po tym jak tylko się ośmielisz nastąpi to, co było i na dodatek ze zdwojoną siłą. Tak jest po traumie. Po wyjściu z jaskini. I po ustaniu reżimu.
Ja też nie dowierzam i boję się, że ten entuzjazm zostanie brutalnie zdeptany. Że nastąpi coś nieczystego, co odwróci karty. Ale mam nadzieję, że będzie dobrze i że to dobrze zostanie oficjalnie zatwierdzone. Bo nie można czuć się u siebie, gdy jesteś wrzuconym do worka z gorszym sortem. Tak się nie da żyć. Tak się nie da czuć obywatelem, a poczucie bycia w domu odnajduje się daleko za morzem. To jest chore. Oby nadchodzące uzdrowienie nadeszło oraz oby nie było złudzeniem.
Nie jestem w stanie opisać, jaki to stres, gdy znów słyszysz suchy kaszel, katar i widzisz stan podgorączkowy u dziecka. I nie chodzi tutaj o to, jakże straszna choroba nadeszła, ale o to, że znów nadeszła. Po krótkim czasie. Że znów uruchomił się ten wstrętny cykl – tydzień choroby, dwa w zdrowiu i znów tydzień choroby, i tak dalej, i tak dalej aż do lata. Plany się wywracają. Pracujesz i jednocześnie słuchasz bajek, kaszlu, przełączasz kontekst, co pięć minut oraz gotujesz makron i smażysz kotlety. Zabraknie czegoś do jedzenia – masz problem, nie wyjdziesz tak łatwo, a nie ma absolutnie nikogo, kto zrobiłby cokolwiek za ciebie. To wszystko stres. Stres, bo się pracę zawali, narobi zaległości, stres, bo dziecko cierpi i nie masz złotego środka, który wyleczyłby w pięć minut, stres, bo kończą się jakieś zapasy, stres, bo zrobił się bałagan w mieszkaniu, stres, bo nie wiesz, co będzie jutro – czy to minie, czy nie, jak się przygotować? I wreszcie stres, bo nie wiesz, kiedy to się powtórzy – za dwa tygodnie, czy może zdarzy się cud i dopiero za miesiąc?
Siedząc teraz tak prawie o północy i słysząc to kaszlące przez sen dziecko mam ochotę założyć słuchawki. Odpalić power metal i tego nie słyszeć. Odciąć się i nie wiedzieć. Ale zaraz – po co ja tu jeszcze siedzę? Muszę wstać o szóstej. Ale zaraz – dziecko zasnęło po dwudziestej drugiej, przecież ja chcę mieć czas dla siebie! Gdy pozmywałam i jeszcze odrobiłam zadanie domowe z norweskiego zrobiła się dwudziesta trzecia – dlaczego mam mieć tylko godzinę z tego dnia?
Trudno, zagnę czasoprzestrzeń i wyrwę jeszcze jedną godzinę.
A rano wypiję kawę. Albo dwie. Albo może się zdrzemnę na kanapie udając, że mam przerwę obiadową? A co z prawdziwą przerwą obiadową?
Dojem się jakimiś czipsami po dwudziestej trzeciej.
I tak dalej.
I już mnie nikt kurwa nie nazwie gorszym sortem!