Skończony blend bez obietnic
Jeśli coś, co było złe i jest złe, ale nagle zaczyna być jakieś dziwnie znośne lub całkiem dobre lub nawet staje się świetną zabawą, to zazwyczaj jest to objaw końca. Albo jeśli coś było i jest dobre, a nagle zaczyna być jeszcze lepsze, to zazwyczaj jest to objaw końca. Przed końcem wszystko jakoś magicznie się poprawia. Czyżby każdy koniec był swego rodzaju lekarstwem?
Taki tydzień pracy. Standardowy – od poniedziałku do piątku. W niedzielę od południa zaczyna robić się niedobrze. Ponuro. Paraliżuje jakieś spięcie i drażni napięcie. Poniedziałkowy poranek to jak wejście do lodowatej wody – powolne i stopniowe oraz bolesne, które kończy się pełnym zanurzeniem. Wtorek i środa to energiczny kraul przed siebie, do celu – już nie czuć zimna, liczy się, by jak najszybciej i najefektywniej dopłynąć. Czwartek to ciągle jeszcze energiczny kraul, ale z metą na horyzoncie. Nagle zaczyna się robić całkiem ciepło i przyjemnie. W piątek czujesz się już niemal, jak w saunie, chociaż ciągle jeszcze płyniesz. Może już nie kraulem – bardziej żabką. Może już nie bez przerwy – z przystankami. A najzabawniejsze jest to, że lodowatość wody i powietrza staje się już jakby wymysłem. Chociaż nic się z nimi nie zmieniło. Cieszysz się, raczysz tą wodą i okolicznościami. Jesteś wyluzowany i spokojny. Arktyczny środek morza zamienił się w rajską plażę. I w tym momencie dopływasz na drugi brzeg. Koniec. Został jeden dzień względnej stabilności oraz odpoczynku.
Dzieje się tak również wtedy, gdy nie wiesz, kiedy koniec czegoś nastąpi. Czuje się to podświadomie, a objawem jest nagłe bądź stopniowe zaróżowienie rzeczywistości. Dobre i lepsze są zatem końca początki.
Nawet tuż przed śmiercią z reguły się ludziom poprawia stan zdrowia.
Albo jak ma się iść do fryzjera – z reguły w dniu wizyty włosy są najpiękniejsze od niepamiętnego okresu czasu. Mają idealny kolor, świetnie się układają i niezwykle trafnie podkreślają urodę.
Ta zależność jest niezwykle intrygująca.
Gdyby tylko łatwo przychodziło podchodzić do wszystkiego tak, jakby zaraz miał nastąpić koniec. Gdyby tak w tę niedzielę po południu nastawić się, że koniec roboczego tygodnia będzie już jutro. O ile lepszy byłby wówczas poniedziałek? O ile lepszych byłoby dni na świecie? Ilu ludzi przestałoby zwlekać ze zrobieniem czegoś, o czym pragną? Ile konfliktów by się zażegnało? Ile miłości zrodziło?
Niektórzy lubią mówić, że nic nikomu nie obiecywali po tym, jak kradli jego czas. Podsycali nadzieję. Czerpali z energii. Uważają, że to się nie liczy, ponieważ nigdy nie wymówili jakiegoś wybujałego zaklęcia: „obiecuję”. A czy jeśli dwoje ludzi zawiązuje się w parę, to oni sobie mówią coś takiego? Nawet, gdy padnie nieco infantylne, sakramentalne pytanie „czy będziesz ze mną chodzić?”, to przecież jest to tylko pytanie. Żadna obietnica – zarówno w celu pytania, jak i odpowiedzi. Nikt, kto wchodzi w związek nie mówi „obiecują ci związek” ani nic podobnego. Bo tego po prostu nie trzeba mówić ani spisywać na umowie u notariusza. Czuje się to, co jest pomiędzy nami i nie trzeba być ani jasnowidzem, ani geniuszem, aby zrozumieć, czy druga osoba się angażuje w relację bądź nie. Tymczasem nastała jakaś chora plaga wymigiwania się od odpowiedzialności tym jednym, tępym zdaniem – „ja niczego nie obiecywałem/am”. I wtedy wielkie Ja jest górą, a ty zostajesz sprowadzony do parteru i roli debila, wariata, kogoś gorszego. Gaslighting.
Ukradnę ci czas, pobawię się z tobą
i tobą, poflirtuję, pokokietuję,
raz się odezwę, a innym razem dla kaprysu
kupię sobie sto tygrysów.
Skorzystam z twojej hojności, honoru i gościnności,
ładnie podziękuję, a jak tylko będzie mi niezręcznie,
to się wymiksuję. Z twojej nadziei zaplotę warkocze,
zrobię selfie w lustrze, rzęsami zatrzepoczę.
Podbuduję swoje ego, pożywię się twoim entuzjazmem,
urządzę sobie twoim kosztem terapię,
przykleję na wyrobione na siłowni muskuły
z twoich łez plaster.
Najgorszym skurwysyństwem, jakie można komuś uczynić, to robić mu nadzieję, a potem uciec ze słowami, że niczego się nie obiecywało. Przecież.
Nawet mając empatię poziomu walca drogowego można z łatwością zobaczyć, czy drugi człowiek się angażuje emocjonalnie. Nie róbmy z siebie totalnych debili i przerwijmy tę plagę.