Jak skorpion na pustyni
Długi i deszczowy jesienny wieczór. Muzyka. Przygaszone światło. Kot leniwie rozłożony na kanapie. Wygodny dres i cieplutki sweter. Piątek. Tak bardzo nie chcę ruszać się z domu i tak bardzo mi z tym dobrze. Nie potrzebuję absolutnie niczego. Może poza dobrym sushi i ulubionym serialem.
Moja samotność jest kompletna. Kocham ją. Naprawdę.
Złe słowo – to nie samotność. To niezależność. Wolność. Moja strefa mnie samej. Moje królestwo. Kompletność.
Już nie chcę niczego zmieniać. Naprawdę.
Naprawdę to poczułam – po raz pierwszy od nie wiem kiedy – że nie chcę wreszcie niczego zmieniać!
Nawet włosów. Bo w końcu jestem z nich zadowolona.
I aż boję się pisać więcej, by czegoś nie zapeszyć.
Wyjazd do Norwegii w środku upalnego lipca był najlepszą rzeczą, jaką mogłam sobie ufundować w tym roku. Teraz, w listopadzie mamy tu taką samą pogodę, jaka była tam wówczas. To sprawia, że ciągle czuję się, jak na wakacjach. Deszcz, wiatr i rześkość powietrza przypominają mi moją Krainę Wyimaginowaną.
Co by było gdybym razu któregoś napisała, że każde słowo tutaj powstałe nigdy nie miało nawet ułamka styczności z powszechnie rozumianą rzeczywistością?
Moja skorpionica już kroczy po balowej sali. Na wysokich obcasach. Z mocno podkreślonymi oczami czyniącymi jej spojrzenie jeszcze bardziej magnetyzujące oraz intrygujące. Z długimi i ostro zakończonymi paznokciami pomalowanymi na czerwono. W długiej sukni. Wszystko jest pod kontrolą. I wszystko na wylot przejrzane.