Lagertha
Ha, nie ma tak łatwo! To nie koniec bajki. Blog nie umrze choćbym miała ja. Nie odpuszczę sobie pisania, nawet jeśli będzie mniej metaforyczne. Tak ciągle czuję, że coś się zmienia. I jestem pewna tego, że pewne rzeczy się nie zmieniają.
Jestem pełna energii pomimo wyjątkowo wyczerpującego tygodnia. Każdy jeden dzień to szybki kraul na pełnych obrotach – bez taryfy ulgowej na piątek ani akceptowalnego zaspania czy drażliwości w poniedziałek. Na nogach od szóstej trzydzieści do północy. Dokładnie to od szóstej drażniona budzikiem, który z premedytacją codziennie przestawiałam do wpół. Ale to nic. Nic przy tym, co udało się osiągnąć, ile zrobić, jak wiele mniejszych i większych granic poprzekraczać.
Przeczytałam dziś, że przecięty kot ma IQ dwuletniego, ludzkiego dziecka. I jak tu się na takie stworzenie gniewać, jeśli nawet podrapie do krwi? Nie wspomnę o drapaniu mebli czy innych przedmiotów, bo to jest kompletnie nic. Kompletnie nic w zamian za to, ile takie zwierzątko potrafi dać… O tej szóstej, codziennie przy mnie mruczący na łóżku. Zupełnie inaczej wówczas zaczyna się dzień. Nawet taki najstraszniejszy.
Moje serce drży ze strachu słysząc wieści z Islandii. Ewakuowane miasteczko, pęknięte już na pół i wydobywający się z tej szczeliny dym. My ludzie myślimy, że jesteśmy władcami tej planety, a jesteśmy zaledwie przecinkiem między jej żywiołami. To nie my tutaj rządzimy choćbyśmy zostali władcami całych kontynentów. Musimy się obudzić. Ziemia daje nam ostatnio bardzo wyraźne ostrzeżenia. Jeśli je zignorujemy to zostaniemy stąd wyproszeni, jak natrętni goście.
Czuję się trochę jak Lagertha, ale ta Lagertha, która już zeszła z pola bitwy, bo już przeszła przez ten etap. Lagertha królowa.
Warkoczy nie rozplotę. Zbroi w kąt nie odłożę. Tarczy nie schowam. To już inny, ale jeszcze nie ten etap.