Port dwadzieścia dwadzieścia trzy
Dwa dni do końca roku. Może już nawet niecałe. Czas na retro i podsumowanie. Nie mam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy ten rok był udany. Z pewnością wydarzyło się dość, by powiedzieć, że tak. Lecz równie dużo, by temu zaprzeczyć.
Dwa tysiące dwadzieścia trzy rozpoczął się od pełni w raku. I od tajemniczości jeszcze z poprzedniego dwudziestego drugiego. Pamiętam, że uwierała mnie moja krótka fryzura i naturalny kolor włosów. I tak też uwierało mnie jakieś coś przez cały czas aż do teraz. Miałam poczucie, że się oszpeciłam i że wszyscy to potwierdzali. I nawet to nie tylko poczucie, bo chyba w maju, na wyjściu firmowym prosto w oczy powiedział mi to typ, którego jeszcze w tym roku uważałam za za swój bliźniaczy płomień. Wiosenne retro Merkurego mocno wówczas we mnie uderzyło i rozbudziło moje uczucia do tego wstrętnego osobnika. Na szczęście to był punkt kulminacyjny. Ostatecznie zabiłam w sobie to uczucie, rozprawiłam się z tym chorym programem w mojej głowie, a gdy tylko postawiłam tę ostatnią kropkę to nagle on sam zniknął. Nieoczekiwanie odszedł z firmy i ślad po nim zaginął. Co ciekawe, ostatni raz gdy go widziałam przypadkiem, to zaledwie dwa dni później ujrzałam następną zjawę z przeszłości.
Jakbym miała za zadanie je po kolei wygaszać.
Ta druga zjawa pojawiła się jak wyrzut sumienia. Niedokończona sprawa. Popełniłam ponownie mój samarytański schemat, tym razem z pełną świadomością, że go popełniam i że jak zwykle zostanę na lodzie. Tak też się dokładnie stało, ale w ten sposób odkupiłam swoją dawną winę. Potem myślałam, że skoro rachunki wyrównane, to może zacznie się nowy rozdział. Niestety, tak się nie stało. Rozdział za to zamknął się definitywnie dosłownie dwa dni temu. Uf, udało się zamknąć kolejny powiew przeszłości, który znów przygnał mi cofający się ponownie Merkury.
Ten rok był dla mnie na pewno owocnym i stabilnym rokiem w pracy. Dostałam awans. To był piękny czas. Wróciłam do punktu, z którego kiedyś świadomie zrezygnowałam czyniąc dwa kroki wstecz. Wróciłam i jeszcze o kolejne dwa kroki poszłam w przód. Bo tak czasem trzeba się cofnąć, jak ten Merkury, by pójść do przodu z impetem.
Ten rok to też realizacja marzenia o Lofotach. Nagromadziłam kasę z wakacji kredytowych po to, by ją z premedytacją wydać na wyjazd do Norwegii. Nie żałuję ani grosza oraz tej decyzji. Po tej podróży wróciłam odmieniona i wiem, że ta transformacja trwa dalej.
Nie zabrakło też innej skandynawskiej wyprawy – z dzieckiem do Legolandu przez most nad Sundem i przez Bałtyk promem. Pokazałam dziecku kawałek mojego świata. Cieszę się.
Przez cały ten rok uczę się norweskiego. Nie zrezygnowałam z kursu, ukończyłam dwa semestry i zaczęłam następny. Uczę się też poprzez seriale i muzykę oraz media społecznościowe. To zdecydowanie mój drugi, całkiem już mocny język. Zaraz po angielskim. Fajnie byłoby, aby one oba zajmowały równe miejsce na zaawansowanym poziomie pełnej płynności.
Niestety ten rok to też jedno wielkie rozczarowanie w miłości. Poza wyrzucaniem zaprzeszłych trupów z szafy to nic innego się nie działo. Nawet Tinder sprawiał wrażenie, jakby trwała tam nieustająca awaria albo jakbym była zablokowanym użytkownikiem. A według horoskopów ten rok miał być wyjątkowo szczęśliwy w miłości dla byków. Było napisane, że ktokolwiek mi się nie spodoba będzie mój. Ta… Mam teraz poczucie, że skoro najbardziej sprzyjający rok nie przyniósł mi niczego, a raczej nikogo, to lepiej już nie będzie. Chyba, że mój ascendent, czyli skorpion jest dla mnie naprawdę wiodącym znakiem. Wtedy horoskopy dla byka są po prostu nie dla mnie.
Nie wszystko jednak stracone. Skoro miłości nie dane mi było w tym roku doświadczyć, to mogłam przynajmniej sobie o niej pośpiewać. Wreszcie się odważyłam dopuścić swój głos do mikrofonu i wydrzeć się, jak należy. Ćwiczyłam i ćwiczę, a co najwspanialsze – słyszę ewidentną poprawę. Najłatwiej z początku było mi wydobywać niższe tony, ale nie odpuszczałam sobie wyższych i ostatecznie z nimi też sobie nienajgorzej radzę. Wydaję mi się, że mam altowy albo mezzosopranowy głos z dość nosowym brzmieniem. Kiedyś nie cierpiałam siebie słuchać, a dziś naprawdę polubiłam swój głos i chętnie sobie odtwarzam swoje nagrania. I co najważniejsze – mam konto na iSing z upublicznionymi nagraniami. To gigantyczny krok poza strefę komfortu.
I na tym skończę. Mogłabym napisać jeszcze o wielu mniejszych i większych sukcesach i porażkach, ale to i tak już zostało tutaj wcześniej wypisane. Mniej lub bardziej metaforycznie. Blog ma bardzo wąskie grono czytelników z czego jestem dumna. Nigdy nie chciałam stworzyć z tego miejsca krzykliwego profilu z tłumem followersów. Dalej trzymam się mojego motto – że Kraina to czyste słowa, tak pod prąd względem dzisiejszych trendów. Bo ja nie cierpię mainstreamu. Tej garstce, która jest i czyta serdecznie dziękuję! Nie wiem, kim jesteście, chociaż mam Analyticsa, a z niego mogę poznać jedynie Wasz model telefonu bądź system operacyjny. Jeśli zatem ktoś z Was zna mnie osobiście i zauważył, że dziwnie patrzę na Wasz telefon – to pewnie z tego powodu. Ot, taka moja ciekawość. I skutek uboczny samotności. Świadomość, że ktoś to czyta sprawia, że jest mi jakoś lżej płynąć po tym pełnym i czasem wzburzonym morzu. Od portu do portu.
I tak oto słowem tym cumuję do portu dwadzieścia dwadzieścia trzy.
Czas na imprezkę w tawernie!