Na pełnym morzu

Bigos po pasterce

Mam cię losie! Poddałeś mnie kolejnemu egzaminowi. Chyba wreszcie zaczynam rozumieć. Bardzo dużo czasu na to potrzebowałam. Nie jestem pod tym względem zbyt zdolnym uczniem. Nadal nie powiem, że się nauczyłam – dopiero zaczynam rozumieć. Nie jestem zbyt lotna pod tym względem, ale przynajmniej uparta. Pan M. był nikim innym, jak tylko testem na niedostępnego mężczyznę.

To jest reguła, z której nigdy nie umiałam się wyłamać, a która mi szkodziła. Im bardziej niedostępny lub całkiem nieobecny czy nieosiągalny mężczyzna, tym bardziej ja się angażowałam dorzucając na szalę od siebie coraz więcej. Jakby to miało go wskrzesić…

Nie przypadkowo tak się zauroczyłam panem M. – bo to jest właśnie ten niedostępny typ. Zauroczyłam się nim, bo podświadomie wiedziałam, że jest niedostępny, a musiałam przerobić to doświadczenie, by nie tylko zrozumieć swój błędny schemat, ale by nauczyć się go nie powtarzać. Jakże to teraz oczywiste. Na szczęście pan M. to test i lekcja zarazem, by opanować umiejętność unikania schematu już na wstępie. Czyli już w bardzo wczesnej fazie, bo te późniejsze już poprzerabiałam, chociażby z innym panem M. i o mało mnie to nie zabiło.

Po takich ćwiczeniach niedługo dojdę do poziomu eliminacji osobnika po jednym, nie dość zaangażowanym spojrzeniu bądź geście. Z daleka rzecz jasna.

Gdy przestanę popadać w zauroczenie typami, którzy po czasie okazują się być pod jakimś względem niedostępnymi, to będzie znak, że wszystkie lekcje w tym temacie zostały przerobione i egzaminy pozdawane. Tego właśnie sobie życzę na nowy rok.

To tak, jak z parkowaniem tyłem. Nie cierpię w ten sposób parkować i unikałam tego zawsze, jak ognia, nawet w sytuacji, gdy miejsce jest wąskie i właśnie ten sposób wówczas najlepiej się sprawdza. Nie wiem dlaczego unikałam – przecież jeszcze na nauce jazdy radziłam sobie z tym doskonale. Od zawsze miałam dość umiejętności, by tak parkować, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wolałam przodem. W końcu wyszłam z wprawy parkowania tyłem i nie chciałam się mobilizować do odświeżenia umiejętności, kombinując na milion sposobów wjazd przodem. Ta zawziętość nie dość, że przysparzała mi męczarni, szczególnie gdy zmieniłam samochód na nieco większy, to jeszcze doprowadziła do obtarcia nadkola. A obtarcie boli mnie za każdym razem, jak na nie patrzę i to już tak trwa ponad dwa lata.

Aż w końcu zostałam przyparta do muru. Moja parkingowa sąsiadka jakoś nigdy szczególnie nie ułatwiała mi życia, lecz dziś wymierzyła cios z górnej półki. Co prawda, nie raz już go stosowała, ale ja ryzykując ponowne obtarcie tego samego nadkola i tak uparcie wjeżdżałam przodem. Dziś zabrakło mi tej upartości. Ona odwróciła się w przeciwną stronę. Tak jakoś nagle. I tak sama się sobie dziwię, co to się stało. Po prostu zadecydowałam, że nie chcę się już dłużej męczyć i zaparkuję tyłem. Nawet, jeśli mi to zajmie nieco więcej czasu, by dokładnie zbadać każdy swój ruch i przypomnieć sobie technikę. To i tak zupełnie inny rodzaj zaangażowania niż to wiosłowanie na siłę. I rzeczywiście to potrwało, wymagało korekty, ale to było mimo wszystko jakieś takie lekkie. Dużo lżejsze niż moje wcześniejsze siłowanie się. Niedaleko sąsiad coś robił przy swoim samochodzie, pewnie widział moje ślamazarstwo, ale i to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, co znów było kolejnym szokiem z powodu mnie samej. Wreszcie usadowiłam się na miejscu i efekt był następnym szokiem. Samochód stał równiej niż kiedykolwiek. A co najlepsze – będę teraz miała super wygodny wyjazd! Bo przecież przy parkowaniu przodem nie mogłam tak po prostu wyjechać na raz. Zaoszczędzę czas i energię.

Pisałam przecież kiedyś tutaj o przypowieści o indyku w piekarniku…

I tak oto właśnie sobie lubię trwać w schematach, które nie służą – pomimo tylu mądrości, które w sobie mam, a z których nie zawsze umiem korzystać. Albo umiem, ale wolę sobie czy komuś coś udowodnić, tylko nie zawsze wiem co i w jakim celu.

A życie w sumie jest takie proste – jak coś się nie sprawdza – zostaw to. Odpuść. Jak nie służy – odejdź. Odpuść. Jak nie ma reakcji – nie reaguj. Odpuść. Nie schodzimy tutaj, by cierpieć, chyba że sami sobie na to pozwalamy. Czy naprawdę warto skazywać się czasem na lata cierpienia, by w końcu zadecydować, że z tym kończę i tak po prostu skończyć? Pewnie tak, bo przez te lata chwytamy cenne doświadczenia karmiąc naszą duszę. Ale czy te doświadczenia muszą być takie ciężkie i negatywne? Czyżby te pozytywne były, jak słodycze, których nie wolno jeść w nadmiarze? A może te negatywne to zwykły, tani fast food, a pozytywne jest wykwintnym i zdrowym daniem?

Bez wątpienia uważam, że warto popróbować jednego i drugiego. Zawsze warto. W końcu twarożek po świętach smakuje najlepiej, a bigos po pasterce jest wyborny. Byle tylko zachować balans.

Panie M., jest Pan niedostępny, jak niegdyś czerwone słoneczko na Gadu-Gadu. Przejadłam się takimi słoneczkami. Idę poszukać jakiegoś żółtego. I dziękuję za to doświadczenie, lekcję czy może i nawet egzamin.

Verified by MonsterInsights