Projekt Ragnarok: odcinek drugi
Podobno wygląd nie ma znaczenia, ale zawsze jakimś cudem osoby ładne mają łatwiej w życiu. Ładne pod różnymi względami – uroda, ubiór, uśmiech, gadżety, zgrabna sylwetka. Podobno wygląd nie jest istotny, ale istotnie odzwierciedla on wnętrze. Niezwykle dużo mówi o charakterze, środowisku, w którym żyjemy albo naszych zwyczajach.
Doświadczyłam rozmaitych kontrastów z tym związanych. Jako dziecko byłam gruba – i nie miałam życia w podstawówce. Gdy w okresie gimnazjum, a bardziej na ostro w liceum, zaczęłam się odchudzać, co wpędziło mnie w stan przedanorektyczny, to ludzie patrzyli na mnie z przerażeniem. Wtedy się śmiali i czuli się lepsi, a potem się nagle zaczęli o mnie bać. Z oponek na brzuchu skończyłam z półeczkami z kości biodrowych, a każda noc była bolesna, bo leżąc na łóżku odczuwałam każdą kość. Psychiatra orzekł wówczas, że mimo wszystko bardziej dolega mi depresja. A odchudzaniem chciałam zwrócić na siebie uwagę. I mi się udało.
Tak, chciałam zwrócić na siebie uwagę, lecz zupełnie inaczej niż wtedy w podstawówce, gdy tego nie chciałam, a zwracałam i to zupełnie nie w takim sensie, jakiego bym sobie życzyła. Chciałam być, jak te popularne w szkole dziewczyny, do których wzdychają wszyscy chłopcy, które mają wianuszek koleżanek i które zawsze jakoś tak łagodniej są traktowane przez nauczycieli. Też tak chciałam – nie rozumiałam, dlaczego one tak po prostu mają, a ja muszę o to zawalczyć. Lecz jeszcze bardziej nie rozumiałam, że jest to walka wyłącznie o odpowiedni wygląd.
Przecież wyniosłam z domu, że liczy się to, co w serduszku. Że liczy się piękny umysł i dobre serce. Aż tu nagle takie rozczarowanie. Nikt tego serca nie przytulił. Nikt tego umysłu nie uszanował.
Gdy poszłam studiować na politechnikę i byłam jedną z szóstki kobiet na ponad stu trzydziestu mężczyzn na roku, to dowiedziałam się, że aby być szanowaną na równi z tymi mężczyznami muszę być, jak typowa dziewczyna z politechniki. Szare i luźne ubrania, mysia kitka albo krótkie włosy, żadnego makijażu ani innych świecidełek. Żebym nie wyróżniała się aż tak z tego męskiego grona, bo i tak na dzień dobry wyróżniałam się już wystarczająco rażąco, jako kobieta. I zawsze gdy ubrałam się kobieco, nałożyłam makijaż i biżuterię, to czułam się niepewnie, a nie jeden wykładowca patrzył na mnie wrednie.
Później w pracy doznałam szoku, gdy spotkałam kobietę w tym samym zawodzie, która tak nie wyglądała, jak powinno się wyglądać w tym zawodzie. Ona była odważna i pewna siebie. Do pracy prawie zawsze przychodziła w kobiecych, seksownych sukienkach, na szpilkach oraz w pełnym, mocnym makijażu i z długimi, odważnie wymalowanymi paznokciami. Patrzyłam na nią, jak na zjawisko i byłam nią totalnie oczarowana. Zaczęłam powoli iść w jej ślady i nabierać wiatru w żagle. Gdy w pewnym momencie zaczęłam przyjeżdżać do biura z pudełkiem ze szpilkami w bagażniku i ubierałam je w podziemnym garażu, by potem wjechać na piętro, jak dama, to odkryłam, że czuję się wspaniale. Że jestem sobą.
Odkryłam też, że te szpilki nie miały wpływu na moją pracę. Nie zaczęłam z ich powodu gorzej wykonywać swoich zadań. Stało się wręcz przeciwnie!
Dziś, gdy przyjeżdżam do biura, po tej pandemicznej rewolucji, to traktuję ten dzień, jak święto. Zwłaszcza po tej pandemicznej rewolucji! Jest piękny i kobiecy strój pełen kolorów i wzorów, są wysokie obcasy, jest makijaż i biżuteria oraz perfumy. Usłyszałam od koleżanki z pracy niedawno, że ona zawsze jest zachwycona moim wyglądem. Ten łańcuszek chyba idzie dalej.
Wygląd ma znaczenie. I to ogromne. Ale jeszcze ważniejszym jest, aby był spójny z naszym wnętrzem. To, co na zewnątrz to i w środku i to, co w środku to i na zewnątrz. To nasze dwie połówki. One muszą być zgodne, by iść do przodu. By żyło się łatwiej.
Tu nie chodzi o wygląd. Tu chodzi o własną jedność. I miłość własną.