Praca czyni wolnym
To był normalny dzień. Nic nie zapowiadało katastrofy. Pracowałam, jak zwykle. Zajmowałam się dzieckiem, jak zwykle. Załatwiałam jakieś bieżące sprawy, jak zwykle. Aż nagle zbiegło się w jednej chwili czegoś za dużo bądź za mało. Zainicjował się ten stan. I się zepsułam. Poprzednim i jeszcze poprzednim razem lądowałam u psychiatry i wychodziłam z receptą na antydepresanty oraz miesięcznym zwolnieniem. Teraz zachowałam na tyle przytomności i siły do walki, by spróbować przetrzymać.
Taki efekt daje długotrwały stres oraz przepracowanie. Wyrasta nagle fala lęku, paniki wręcz. Gubi się orientację. Nie można się na niczym skupić. Zaciska się w klatce tak bardzo, że nie można złapać tchu. Przed oczami widzi się wyłącznie koniec. Koniec życia, koniec wszystkiego staje się jedynym wyjściem przed oczami. Tak bardzo chce się wtedy umrzeć. Czy też zniknąć po prostu.
Żołądek się zaciska. Noc staje bezsenna. Krzyk ze łzami tłumi się w poduszce. Chcesz zasnąć i się nie obudzić. Wszystkie drzwi się zatrzaskują. Każdy dźwięk jakby był igłą wbijaną w głowę. Każda interakcja z kimkolwiek kosztuje tyle energii, co podejście na stromy szczyt. Ciało jest jakieś sparaliżowane. Możesz tylko siedzieć i gapić się w jeden punkt. Byle tylko było cicho.
Cisza jest jedynym ukojeniem. W końcu udaje się zasnąć i chcesz tak spać w nieskończoność. Senne obrazy są tak bliskie, że gdy rano otwierasz oczy od razu odczuwasz żal i złość, że to nie była rzeczywistość. Że musisz wstać i się dopiero z nią zmierzyć. Tak bardzo nie chcesz tego teraz zrobić.
Ale się zmuszasz. Wykonujesz każdą czynność mechanicznie. Jak w amoku. Wieczorem nie pamiętasz już, co robiłeś rano, choć rankiem nazywasz godziny od około dwunastej w południe. Bo sen, gdy już cię dorwie, to nie chce puścić. Jakby chciał się nagromadzić na zapas. Zresztą, w ogóle bardzo wielu rzeczy nie pamiętasz. Czy też pamiętasz przez parę tylko chwil.
Dzwonek domofonu, dzwonek telefonu sprawiają, że trzęsiesz się ze strachu. Nie otwierasz. Nie odbierasz. Wyciszasz wszystko. Ignorujesz. Choćbyś chciał rozmawiać z ludźmi – żadne słowo nie może przedostać ci się przez gardło.
To ci właśnie dają nadgodziny. Dostaniesz w zamian dzień wolnego, ale zużyjesz ich kilka w najlepszym przypadku, aby dojść chociaż do poziomu nie bania się telefonu. Wiem, że powinnam w tym stanie dostać antydepresanty i miesiąc wolnego. Ale nie mogę sobie na to pozwolić. Przysięgłam sobie, że już nigdy nie wezmę do ust żadnego psychotropu. I słowa dotrzymam. Wiem, że potrafię sobie z tym sama poradzić. Tak samo, jak sama sobie radzę ze wszystkim innym i całym światem.
Wpadnie kilka depresyjnych relacji na Instagrama, którymi nikt się nie przejmie, ale to nieistotne, bo da mi to nadzieję, że może jednak ktoś się przejmie. Ten okruch nadziei mi wystarczy, by się powoli posklejać.
Okruch do okruszka i powstanie z okruszków paczuszka.
A w poniedziałek pewnie znów zjawię się w biurze, jak milion dolarsów i dajmondsów. Taka promienna i uśmiechnięta. Nikt się nie pozna. Powiem, że wolne wzięłam na ferie. Wiadomo.
I minie dziewiąta, dziesiąta, a może i jedenasta godzina.
Rozkręci się na nowo maszyna.
I może tym razem już się nie zatrzyma?
Co mi pozostało?
Praca czyni wolnym, czyż nie?