Na pełnym morzu

Plan B

The Bitch is back. Again.

Dotknęłam ostatniego kręgu piekła, a potem zeszłam jeszcze niżej. Z ciekawości. Nie taki diabeł straszny i złego diabli nie biorą. Czasami trzeba się tam znaleźć i wygodnie ułożyć.

Powracam w retrogradacji Merkurego, która nie jest już mi wcale straszna. Dostrzegam w niej potencjał do zrobienia rachunku sumienia i rozliczenia wszystkiego, co jeszcze niedokonane.

(Serio? W jakim mroku trzeba się zakopać, aby retro Merkurego przestało być straszne?)

A rachunek jest krótki. Mój plan pięcioletni wyszedł całkiem nieźle, ale zaliczyłam porażkę w jednym aspekcie.

Za parę dni minie dokładnie pięć lat od rozwodu. Udało mi się zbudować nowe życie z powodzeniem. Tylko jednego w nim zabrakło. Zakładałam wówczas, że na bank znajdę sobie szybko nowego partnera, z którym od razu wejdę na poziom małżeństwa. Bo przecież w głowie mi się nie mieściło, żeby cofać się do poziomu tych wszystkich gierek, podchodów i pytania o ulubiony kolor (nie wspomnę o aplikacjach randkowych – zło wcielone i poniżanie siebie). Mój plan zakładał, że odbuduję rodzinę, o której zawsze marzyłam przy czym z lepszą osobą. Z człowiekiem, który będzie dawał tyle samo, co ja. Z człowiekiem, który nie będzie mnie zabijał każdego dnia swoją obojętnością i oziębłością.

Tak, miałam bardzo proste marzenie – dom, rodzina, drzewo, zwierzak. Jestem bykiem, więc mam przyziemne marzenia. Kocham podróże, kocham Norwegię, ale to nie wyjazd tam był tym najważniejszym, czego pragnęłam. Byłby, pod warunkiem wybudowania tej stabilizacji – rodziny. I wtedy dopiero mogłabym sobie od czasu do czasu tam z nimi pofrunąć. Do małego, drewnianego domku nad fiordem.

Mój plan zakładał, że na pewno zaraz po rozwodzie znajdę taką osobę, bo wtedy swojego ex widziałam, jako najgorszego na świecie, więc każdy byłby lepszy od niego (to nie jest żaden komplement w jego stronę, chociaż szanuję i toleruję go na poziomie minimalnym ze względu na dziecko). Uznałam, że jestem na tyle młoda, że nie będę miała z tym problemu. Ponadto uznałam, że dziecko jest na tyle małe, że z łatwością zaakceptuje nową rzeczywistość – drugiego tatę i opiekę naprzemienną.

W związku z tym narzuciłam na siebie wielką presję – bo tutaj czas grał rolę. Bo tylko jako młoda jestem w stanie być atrakcyjna, bo tylko wtedy będę mogła jeszcze urodzić kolejne dziecko lub dzieci, bo moje dziecko przywyknie do nowej sytuacji bez buntu.

Ten plan nie miał słabych punktów!

Poza jednym.

Nie zależał w całości ode mnie.

Zależał od tej nowej osoby – niewiadomo nawet kogo.

Był opatrzony szeregiem warunków.

To, co było zależne ode mnie odrobiłam na sto albo i dwieście procent (szczególnie biorąc pod uwagę mój wajb panny, co to mam w niej Księżyc).

Ale zabrakło dokładnie połowy. Tej drugiej.

Niniejszym, w czasie kwietniowej retrogradacji Merkurego roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego czwartego, po niespełna pięciu latach od rozwodu ogłaszam, że ten punkt się nie powiódł.

Jestem za stara, żeby być jakoś szczególnie atrakcyjną i nie pomogą tutaj tony kosmetyków ani kwas hialuronowy. Moja płodność jest już prawdopodobnie na finiszu, co czuję zresztą po różnych zawirowaniach w cyklu. Moje dziecko już chodzi do szkoły i jest na tyle mądre i cwane, że niełatwo zaakceptuje ewentualnego drugiego tatę.

Nie ma więc sensu czekać dłużej pod tą presją. Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć – już po zawodach. Ten punkt nie wypalił. Czas na odpuszczenie.

I wreszcie można odetchnąć z jakimś rodzajem ulgi. Wreszcie czas na zero presji.

Muszę wymyślić plan B. Muszę, ale zero presji.

Jakiś plan muszę mieć, żeby czuć się stabilnie i spokojnie. Bez planu bardzo trudno mi się żyje we wszystkich aspektach. Zdecydowanie teraz w zaistniałej sytuacji plan o odbudowaniu rodziny, w jakiejkolwiek postaci, nie ma już sensu. Plan B musi skupić się na czymś zupełnie innym, ale jednocześnie równoważnym. Jeszcze nie wiem, co to może być.

Póki co zaczynam od powrotu do pisania.

Verified by MonsterInsights