Kraina Lodu i Ognia cz. II
Przed wyjazdem w trasę wybraliśmy się na spacer nad ocean. Był akurat odpływ i nie dało się dojść do linii wody. Ale to lepiej. Bezpieczniej. Potężne fale nawet z daleka wyraźnie zaznaczały, gdzie jest nasze, jako ludzi miejsce na tej planecie. Szkoda, że ludzkość tak bardzo i często o tym zapomina unosząc się pychą.
Znalazłam muszelki wymyślnych kształtów i kolorów. W powietrzu unosił się morski, intensywny zapach. Ten, który uwielbiam. Chwytałam go garściami. Żeby mieć zapas, kiedy już przyjdzie mi wrócić do domu i codziennego kieratu.
Niedługo później wyruszyliśmy w drogę. Krajobraz za oknem przypominał księżycowy. Obszerne pustkowia, surowa natura, gdzie z trudem dostrzec było można jakieś zabudowania. I wreszcie pierwszy przystanek – wodospad Gullfoss. Złoty Wodospad. Gdy kiedyś przygotowywałam się do prezentacji o krajach skandynawskich to w temacie Islandii wymieniłam go właśnie między innymi. Wtedy mówiłam o nim tak sucho, widząc jedynie na zdjęciach z internetu. Teraz zobaczyłam na żywo, lecz i tak nadal nie znajduję dość słów, by go właściwie opisać. Tak samo, jak i wszystko, co widziałam na Islandii.
Mimo jednak wszystko trochę przywykłam do widoku wodospadów po wyprawie do Norwegii. Stąd mój szok dało się jeszcze w miarę opanować. Niestety, nie byłam już w stanie tego zrobić na widok gejzerów i gorących źródeł. Idziesz drogą, obok której co jakiś czas widzisz niewielkie oczka wodne, delikatnie ogrodzone, z tabliczkami informującymi o tym, by się do nich nie zbliżać, bo temperatura wody wynosi najmniej 80 stopni albo nawet i 200. W powietrzu czuć ostry zapach siarki. Nad nimi unosi się gęsta para. Wokół największego z nich tłum ludzi. Każdy trzyma telefon w ręku z rozpoczętym nagrywaniem. A w małym stawku woda najpierw jest spokojna, potem unosi się nad nią coraz więcej pary, woda bulgocze, jak gotująca się zupa i nagle nadchodzi ten moment – woda tryska z impetem w górę na wysokość jakichś dziesięciu metrów. Gdy człowiek zobaczy coś takiego to momentalnie przestaje wątpić w istnienie Boga czy po prostu Siły Wyższej.
Albo gdy zobaczy krater wulkanu. Obejdzie go dookoła i potem posiedzi z zadumą w samym jego środku, nad jeziorkiem, które tu powstało po tym, jak wygasł.
Na całej wyspie nie ma czegoś takiego, jak gleba, którą znamy. Czy chociaż piasek. Jest za to czarny, wulkaniczny pył albo żwir – sama nie umiem tego dobrze określić. On jest wszędzie. Jest sypki, jak piach, ale nie tak drobny. I absolutnie nie brudzi. Biorąc go do rąk przyjemnie przesypuje się między palcami nie pozostawiając po sobie najmniejszego zabrudzenia. Ma w sobie jakiś patos. Budzi respekt, pomimo tej głębokiej czerni, która mogłaby się wydawać przerażająca. Nie jest przerażająca. Po prostu przypomina o sile natury. Jak wszystko na Islandii.
Ciąg dalszy nastąpi…