Kraina Lodu i Ognia,  On The Bright Side of Life

Kraina Lodu i Ognia cz. III

Ostatnim punktem programu naszego pierwszego dnia pobytu miała być kąpiel w gorącej rzece. Można było do niej dotrzeć krótszą i dłuższą drogą. Dłuższa prowadziła czterokilometrowym szlakiem przez góry. Krótsza to tylko kilometr pieszo, bo pozostałe trzy można było podjechać samochodem. Nasz lider wyprawy, organizator, fotograf oraz chyba największy miłośnik Islandii na świecie, był również kierowcą busa, którym się poruszaliśmy. Wiedział, że podjazd w góry może być trudny, ale podkusiło go spróbować. No i spróbowaliśmy…

Po Islandii, jako grupa poruszaliśmy się dwoma samochodami. Suwem z napędem na cztery oraz busem, który takiego napędu nie miał, ale miał za to aż osiem miejsc nie licząc kierowcy. Oba pojazdy miały zatem swoje zalety. Lecz na górskim podjeździe tylko jeden z nich był w stanie sobie poradzić i był to suw. Ja jechałam z większością w busie. Trzęsło po drodze tak bardzo, że momentami miałam wrażenie, że przechyli nas na bok. Mimo wszystko jakoś jechaliśmy. Problem nastąpił, gdy podjechaliśmy do małej dolinki, w której zalegała czapa śniegu, a w niej wyryte głębokie, podmokłe koleiny. Jedyną opcją było ominąć je z prawej, lekko zbaczając z drogi. Suw przejechał pierwszy bez kłopotów. A my z duszą na ramieniu i przymkniętymi oczami spróbowaliśmy za nim. Na szczęście się udało. Tylko nie mieliśmy pojęcia, jak potem wrócimy…

Po zaparkowaniu udaliśmy się na krótką wędrówkę, by dojść do rzeczki. Widoki po drodze były oczywiście bajeczne. Szczególnie, gdy fragment trasy przebiegał po śniegu. Szliśmy gęsiego schodząc z zaśnieżonej polany. Wyglądaliśmy jak byśmy byli, co najmniej w Himalajach.

Wreszcie dotarliśmy nad rzekę. Dwójka turystek, która doszła tam wcześniej właśnie rozbierała się do strojów kąpielowych. My też już patrzyliśmy, gdzie będzie można się swobodnie przebrać. Większość z nas nie miała strojów na sobie, a po środku pasm górskich trudno raczej było o jakiekolwiek przebieralnie. Nie przejmowaliśmy się tym jednak – byliśmy gotowi na pełną naturalność w tym względzie. Byle tylko doświadczyć kąpieli w gorącej wodzie, podczas gdy temperatura powietrza wynosiła raczej sporo mniej niż dziesięć stopni.

Niestety, woda w rzece nie była wiele cieplejsza. Wczorajsza ulewa oraz wichura skutecznie ją wychłodziły. Udało nam się zatem jedynie zamoczyć stopy. Czułam się, jak w naszym kochanym Bałtyku w środku lipca. Dałoby radę wytrzymać, jednak samo zamoczenie stóp było chyba najlepszą opcją. Przeszłam tak kilkanaście metrów i tylko fragmenty przy brzegach były cieplejsze. Szkoda, bo specjalnie na tę okazję kupiłam sobie gustowne klapki Kubota w obłędnym kolorze szałwii. Ba, nawet udało mi się dwukrotnie jednego klapka zgubić. Niepostrzeżenie zsunął mi się pod wypływem silniejszego nurtu. Na szczęście ekipa za mną złapała go z refleksem. To dość popularne tam zjawisko. Później znaleźliśmy innego pływającego klapka, którego nawet nikt nie szukał.

Po kąpieli część osób zapragnęła wrócić dłuższym szlakiem, tym czterokilometrowym, aby obejrzeć po drodze kanion. Do tej części dołączyła większość i tym sposobem się rozdzieliliśmy. Panowie, których było zaledwie trzech, wrócili do samochodów, by ostrożnie nimi wrócić przez górski trakt. A my, same kobiety, poszłyśmy pieszo wzdłuż kanionu i częściowo z biegiem tej samej rzeki. Mieliśmy się spotkać na dole. Oni – gdy już przejadą samochodami mieli czekać na nas u początku naszego szlaku na tak zwanym dolnym parkingu. I tak właśnie zrobiliśmy.

Szlak na początku przebiegał bardzo łagodnie, przyjemnie oraz oczywiście z pięknymi widokami. I w zasadzie byłby taki do końca, gdyby nie przejście przez potok. Tak, ten sam, w którym zamierzaliśmy się wykąpać. Niestety, trochę niżej on już nie był taki spokojny. Był dużo głębszy, szerszy oraz zdecydowanie bardziej rwący. A co najgorsze – jedyna kładka, która miała nas przez niego przeprowadzić była wyrzucona na bok i tkwiła po części w jakimś bagnie. Nie było możliwości, aby przedostać się na drugą stronę w miarę bezpieczny czy suchy sposób.

Dziewczyny wymyśliły, aby skoczyć z krawędzi kładki. Ta krawędź wybijała się w górę i cała kładka była niezbyt stabilna. Dlatego pierwsza odważna najpierw przerzuciła na drugi brzeg swój plecak, a potem kilka nas stanęło na drugim końcu kładki, by ją ustabilizować i by można było wykonać skok. Udało się. Za nią skoczyły jeszcze dwie dziewczyny. Ja się ustawiłam, jako następna. Zrobiłam tak samo – najpierw przerzuciłam plecak oraz nerkę ze wszystkimi drogocennościami. Z boku jedna z dziewczyn nagrywała telefonem moje podejście. Już miałam to zrobić, ale stojąc na krawędzi kładki i widząc rwącą wodę w dole poczułam, że nogi mi zesztywniały. Sparaliżował mnie strach. Serce podeszło do gardła i czułam, że z trudem przełykam. Ta świadomość, że mam tylko tę jedną kurtę i buty, a to przecież początek wyprawy i że jak je zamoczę to mogę nie dać rady dalej zwiedzać. To zabawne, bo nie obawiałam się o swoje zdrowie, o to, czy się nie połamię po tym skoku, tylko właśnie się obawiałam o to, że stracę ubrania i będę musiała resztę pobytu przesiedzieć w domku pod grzejnikiem. Dlatego właśnie się wycofałam. Odeszłam i powiedziałam, że muszę się jeszcze oswoić z tą perspektywą.

Ale tak naprawdę szukałam alternatywy. Razem z paroma innymi dziewczynami, które również nie chciały ryzykować odeszłyśmy kawałek dalej i spostrzegłyśmy, że w tym miejscu potok jest całkiem płytki. Był jednocześnie tam najszerszy, jednak nie rozmyślając zbyt długo postanowiłyśmy przejść przez niego na boso. I tym sposobem znów sobie zamoczyłam nogi. Troszkę może tylko wyżej niż wcześniej. Wytarłam stopy w mech, ubrałam szybko skarpety i buty, a po chwili już w ogóle nie czułam, jakbym miała mieć cokolwiek mokre.

I tak oto wszystkie, każda swoim sposobem, znalazłyśmy się po drugiej stronie. I mogłyśmy dalej delektować się widokami. Oraz robić sobie nawzajem przepiękne sesje zdjęciowe.

To jednak nie był koniec przygód na naszym szlaku. Po pewnym czasie spotkałyśmy z przeciwka grupkę panów. Każdy z puszką piwa w ręce. Nie muszę dodawać, że byli w świetnych humorach. Aż nazbyt, bo co niektórzy jakoś dziwnie trzymali się na nogach. I nie, to nie był efekt błotnistych fragmentów na szlaku.

Mówili do nas „hei”, bo myśleli, że jesteśmy Islandkami. A ja od razu wypaliłam do nich: „o, widzę, że polska wycieczka!”. Jakże miło się zaskoczyli i uśmiechnęli od ucha do ucha. Panowie ewidentnie byli w nastroju do randkowania. Nawet miałam ochotę z nimi poflirtować, ale trzeba się było trzymać planu, bo nasi panowie przecież już pewnie czekali na nas na dole. Poza tym, podchmielony flirt zwykle jest niewiele wart.

Zastanawiałyśmy się tylko potem, jak oni sobie poradzili z przejściem przez potok. Zwłaszcza, że idąc od tej strony nie mieli żadnego fragmentu kładki, którym mogliby się wesprzeć.

Wreszcie dotarłyśmy prawie na parking i tam na odchodne spotkał nas gejzer. Oczywiście postanowiłyśmy zrobić sobie z nim zdjęcie. Nazwałyśmy go pieszczotliwie jajem, ze względu na ten intensywny zapach siarki. Narzeczona naszego organizatora i lidera przymierzyła się do zrobienia nam zdjęcia grupowego. Powiedziała, że mamy zamknąć oczy i na trzy cztery otworzyć, po to, aby na zdjęciu każda miała je otwarte i by nie musieć tego powtarzać po ileś razy. I faktycznie, wszystkie zamknęłyśmy oczy, ona odlicza i… i równo z chwilą, gdy odliczanie się skończyło, a my otwarłyśmy oczy, pan jajo postanowił buchnąć gęstą parą. Zadymił tak mocno, że na zdjęciu widać tylko nasze nogi. Natura zrobiła nam zabawnego psikusa!

I jak tu nie wierzyć w elfy?

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights