Kraina Lodu i Ognia cz. IV
Kolejny dzień przywitał nas srogim przymrozkiem z rana. Bezkresne, pokryte trawami i mchem polany pod oszronioną pokrywą na tle czystego nieba w kolorze głębokiego błękitu wyglądały, jak kadr z Opowieści z Narnii. Bez wątpienia czekał nas kolejny, baśniowy dzień.
A mróz nie omieszkał dać się we znaki. Ręczny w naszym niepokonanym busie nie chciał zwolić blokady dopóki nie przejechaliśmy kilku czy może i kilkunastu kilometrów, nim samochód rozgrzał się na dobre. Jakże bardzo brakowało mi wtedy porządnej, czarnej, mocnej kawy. Niestety zabrałam ze sobą kilka saszetek Nesci, bo to było praktyczne rozwiązanie, ale ten napój ledwo tak naprawdę przypominał kawę. Słodki jak ulep, z jakimś sproszkowanym mlekopodobnym tworem. No i wreszcie samej kawy w tej kawie było chyba niewiele. Na szczęście po drodze zatrzymaliśmy się w małej, przydrożnej knajpce, gdzie mogłam w końcu kupić sobie porządną kawę z ekspresu. Poczułam, jak budzi się we mnie każdy atom. I narasta euforia.
Swoją drogą, te ichniejsze knajpki na pustkowiu wyglądają zupełnie, jak z amerykańskich filmów. Wielkie stepowe połacie, odludzie, po którym biegnie szeroka autostrada aż nagle knajpka ze stacją po środku niczego. Taki dziki zachód. Nic tylko czekać, aż ktoś wyciągnie rewolwer.
Pierwszym i krótkim przystankiem na trasie było urokliwe miasteczko o nazwie Vík. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu, które królowało nad miastem, a na nim stał wybudowany malutki, biały kościół z żywoczerwonym dachem. Z tego miejsca widok na ocean z tym kościołem w tle wzbudzał prawdziwy respekt. Tym bardziej, gdy w tle leciało „Sacrum”. Nie byłam w stanie powstrzymać łez.
A to był zaledwie krótki przystanek. Przed nami takich momentów było jeszcze o wiele, wiele więcej.
Jak na przykład lodowcowa laguna i jezioro Jökulsárlón. Przechadzałam się brzegiem jeziora pełnego bloków lodu. Z oddali widziałam leniwą fokę, wygrzewającą się na krze. I wreszcie – napiłam się wody z lodowca, która podobno jest sprzedawana m.in. w Dubaju za milion monet, a lód z tego lodowca jest tam dodawany do drinków. Przyznam szczerze, że w smaku nie była jakaś wyjątkowa. Woda, jak woda. Całkiem zwyczajna, bez specjalnego posmaku.
A po wypiciu zdałam sobie sprawę, że przecież w tej wodzie kąpią się foki. I zapewne załatwiają tam swoje potrzeby. No cóż.
Hitem natomiast w tym miejscu okazała się atrakcja zafundowana przez dwójkę hiszpańskich turystów. Jak gdyby nigdy nic postanowili się rozebrać, ubrali tylko buty do pływania, chwycili ręczniki plażowe pod rękę i weszli do jeziora, a następnie rozłożyli się na jednej, większej krze. Położyli się i po prostu plażowali. Fakt, że słońce tego dnia przyświecało łaskawie, ale jednak temperatura powietrza ledwie dochodziła do dziesięciu stopni. Nie wspominając o temperaturze samej kry oraz wody. Obawiam się, że tym swoim gorącym, południowym temperamentem chłopaki przyczynili się do podgrzania jeziora, a tym samym smutnej degradacji natury. No cóż. Złamali przy tym kilka zakazów: by nie wchodzić na lód ani w ogóle do jeziora.
W pewnym momencie poprosili naszego lidera o zdjęcie. Tak zupełnie przypadkowo. Nie mogli ani widzieć ani wiedzieć, że jest on fotografem i że akurat w tym momencie miał przy sobie cały sprzęt włącznie z dronem. Nie małe było ich zdziwienie, gdy ten im zaproponował oprócz „zwykłego” zdjęcia filmik prosto z drona. Aż podskoczyli z radości i ewidentnie już jakiekolwiek zimno nie było im straszne. Rozłożyli się na krze, jak rasowe morsy i pięknie zapozowali. A potem wymienili się mejlami. Tak właśnie się załatwia darmowy nocleg w Barcelonie!
Ciąg dalszy nastąpi…