Pranie w środku listopada
Nie sztuką jest dokonać czegoś, coś osiągnąć, mieć powodzenie w danej dziedzinie, jeśli mamy ku temu sprzyjające warunki i środowisko. Ale jaki jest w tym sens? Czasem, a może i często nasze środowisko popycha nas wręcz ku powodzeniu bądź porażce. Ostatecznie to nasza wolna wola decyduje czy pójdziemy z prądem, czy też może się wyłamiemy. I o to właśnie chodzi naszej duszy. Taki miała plan.
Lubię siąść w środku nocy do TikToka, ze słuchawkami na uszach, tak by totalnie się odciąć. By się odmóżdżyć albo zaktualizować w najnowszych sensacjach z kraju i świata, poznać aktualne trendy, dowiedzieć czegoś nowego. Wbrew pozorom ta aplikacja mocno otwiera drzwi na świat. To tak, jakby wejść w tłum ludzi, o rozmaitych charakterach, pochodzących zewsząd i móc posłuchać oraz zobaczyć każdą z tych unikalnych osobowości tak, jakbyśmy się spotkali na kawie.
Tym razem trafiłam na TikToka kobiety specjalizującej się w numerologii – oczywiście sporo mi się pokazuje filmików w tej tematyce, bo jestem zodiakarą, ale ten mnie wyjątkowo uderzył. Tak naprawdę. Tak z ciarkami na skórze. Mówiła o liczbie dwadzieścia siedem. Jeśli jest to liczba dnia urodzenia bądź znajduje się jakkolwiek w naszej numerologii to mówi o tym, że ta osoba najprawdopodobniej była w ostatnim bądź wielu poprzednich wcieleniach mnichem, zakonnikiem, pustelnikiem oddającym się medytacji i rozwojowi duchowemu, a także osobą, która składała bardzo poważne, rytualne przysięgi na całe życie, jak życie w czystości, rezygnacja z uciech różnego rodzaju bądź absolutną wierność i oddanie drugiej osobie w małżeństwie. Takie przysięgi, które mają moc nawet po śmierci i które tworzą poważne blokady.
Osoby spod dwadzieścia siedem mają więc tendencję do izolacji, medytacji, filozofowaniu, umartwianiu się, ascezie. Te osoby także mają w tym wcieleniu do przepracowania temat związków, rodziny i miłości. Zeszły po to, aby połączyć się z drugą osobą na poziomie przede wszystkim duchowym, aby znaleźć miłość absolutną, prawdziwą, bezwarunkową i bardzo głęboką. Żądną duszy drugiego człowieka. Zeszły po to, aby doświadczyć takiego związku. Ale nim to nastąpi czeka ich wiele rozczarowań w miłości, związków karmicznych przynoszących ogromne cierpienie. Właśnie po to, aby móc odnaleźć to, czego szukają i wiedzieć na pewno, że jest to prawdziwe. Dwadzieścia siedem stawia im na drodze blokady do przyjmowania szczęścia i przyjemności, bo przecież kiedyś przysięgały się tego wyrzekać. I teraz muszą je jakoś przezwyciężyć i wreszcie dać sobie prawo do tego, by żyć pełnią życia.
No bo jaki jest sens wzmacniać się duchowo, medytować, kiedy jest się w zakonie? Kiedy całe środowisko ku temu sprzyja? Nie ma innego i lepszego zajęcia, jak się modlić, rozmyślać, izolować i ćwiczyć silną wolę. Ale czy to może dać naszej duszy naprawdę wartościowe doświadczenie i naukę? Zdecydowanie przecież trudniej jest rozwijać się duchowo w warunkach, które temu nie sprzyjają. Kiedy wokół pełno pokus czyhających na chwilę słabości. Kiedy jest obok drugi człowiek, rodzina, której trzeba poświęcić mnóstwo czasu i energii. I dopiero, jeśli w tych warunkach człowiek wzmocni się duchowo, to wtedy będzie to niesamowicie cenne dla rozwoju duszy. I prawdziwe.
Łatwiej jest nastawić kilka prań w środku lipca, od samego rana upalnego dnia, by mieć pod wieczór wszystko suche, aniżeli dokonać tego samego późnym listopadem o dziewiętnastej. Z czego będziesz się bardziej cieszył? Co da większą satysfakcję? I co da ci większe doświadczenie?
Jestem urodzona dwudziestego siódmego. Moje życie miłosne to pasmo porażek. Uwielbiam się izolować. Najlepiej czuję się sama ze sobą i z naturą oraz muzyką. Od zawsze mam w sobie poczucie, że byłam gdzieś kiedyś w jakimś zakonie. I choć to poczucie było z początku dla mnie bardzo abstrakcyjne, to teraz wiem już z czego wynikało i już je rozumiem. Od zawsze widząc zakonnice czuję coś nieprzyjemnego. Zbiór niezbyt pozytywnych emocji. Czuję przede wszystkim jakiś rodzaj współczucia. Wcale ich nie podziwiam. Mam wrażenie, że są zmanipulowane, biedne, uwięzione. I że to nie ma sensu. Od zawsze też unikam czarnego koloru w ubiorze. Mam niewiele takich ubrań w szafie i nie cierpię się ubierać w całości na czarno. Mam jakąś alergię na ten kolor, chociaż wiem, że wyglądam w nim bardzo dobrze. Od dzieciństwa nie znosiłam, kiedy rodzice prowadzili mnie do kościoła. Źle się tam czułam i wiedziałam, że to nie jest prawdziwe.
Ale ja to ja. Jestem już o wiele bardziej świadoma. Jakoś przetrwam.
Boję się tylko o moje dziecko. Urodzone dwudziestego siódmego. Nieśmiałe, lubiące się izolować. Ostatnio po domu non stop chodzi z kocem na głowie. Tak bardzo chciałabym ją uchronić przed tymi blokadami, które na pewno w sobie ma, jak i ja mam.
I które tak bardzo utrudniają. Które każą trzymać się zaprzeszłych zobowiązań i przyrzeczeń.
Czas powiedzieć temu dość!
I urządzić genialne pranie w środku listopada!