Na pełnym morzu

Maroko

Pierwszy tydzień w pracy po urlopie „oleksjuzmi”. Próbujesz przetrwać i jak już dożyjesz piątku to siadasz cały szczęśliwy wieczorem z kieliszkiem wina. Niestety, niespokojnie. Coś nosi, mierzi. To samo uczucie ci towarzyszyło w każdym poprzednim dniu od powrotu. Wjeżdża kolejny kieliszek wina, bo przecież to tutejsze nie smakuje, jak tam więc trzeba więcej, aby się jednak doszukać w nim choćby kropli Hiszpanii. No i się udało doszukać…

Bo życie nie ma sensu, by tak tkwić w tym kieracie. Świat ma tyle do zaoferowania, a ja się kręcę tylko między domem, Lidlem a biurem? Okropność! No to klikam, hulaj dusza, jak się bawić, to się bawić! Z kredytówki? A pewnie! A co tam! Najwyżej limit zwiększę! Ależ to wino jest jednak dobre!

Poklikane, a ja się cieszę jak dziecko. I stwierdzam, że nie mam już teraz absolutnie żadnych problemów! Śpiewam, oglądam tik toki i już pakuję walizkę. Tylko coś nagle senność wjeżdża za mocno. Pora się zebrać do spania.

Niedługo później budzi mnie kocia pretensja. Patrzę – dwunasta w południe. Jeszcze bym pospała, ale kot już nie ma cierpliwości. Zwlekam się zatem. Tak bardzo chcę mi się pić. Zaczynam sobie przypominać, co się działo wieczorem. Chyba zarezerwowałam wycieczkę?

Tak. Wspaniale. Maroko.

Nagle zdaję sobie sprawę, że nawet wpłaciłam rezerwację i tylko się modlę, żeby to była kasa z kredytówki, bo inaczej zabrakłoby mi na raty kredytów, które lada dzień mają zostać pobrane. Faktycznie, poszło z karty. Mimo wszystko nie jestem pocieszona. Dopiero co ją spłaciłam po Majorce, gdzie wydałam więcej niż planowałam. Dopiero co opłaciłam ubezpieczenie samochodu i stos rachunków. Maroko? Serio?

Głowa zaczęła mnie boleć i to wcale nie od alkoholu. Sprawdzam maila – miła pani z biura podróży prosi mnie o podanie szczegółowych danych i przypomina o wpłacie pozostałej kwoty do terminu, który mija za parę dni. Maroko? Serio?

Ogarnia mnie lęk. W sumie pojechałabym. Ruszę oszczędności, może faktycznie zwiększę limit na karcie, coś wykombinuję. Ale to inny kontynent. Zupełnie obca mi waluta. I roaming drogi. A do tego Islam – jak ja mam się ubrać, by nikogo nie zgorszyć? Zaczynam czytać pół internetu o Maroko.

Po lekturze zdaję sobie sprawę, że do kosztu wycieczki muszę doliczyć jeszcze sporo na zakup waluty, przewiewnych i przyzwoitych ubrań, marokańskiej karty SIM oraz koszt wycieczki fakultatywnej, by się wielbłądem po pustynii przejechać. Znów ogarnia mnie lęk.

W końcu stwierdzam, że przecież sama dopiero co o tym pisałam – że strach jest najgorszym złem tego świata, że uprzedzenia są okropne, no i że pieniądze wrócą, a życie i czas nie. Decyduję, że pojadę.

Lecz chwilę później przypominam sobie takie wycieczki objazdowe, kiedy byłam sama. Grupa rozpierzchła się po mieście, gdy nastał czas wolny, a ja się kręciłam niepewnie to tu, to tam. Stresowałam się. Bałam się sama wejść do knajpki, by coś zjeść i jeszcze samotnie zajmować stolik, przy którym jest miejsca na więcej osób – bo że ludzie o mnie pomyślą 'egoistka, co nam miejsce zajmuje’. I to miałam tak nawet w mojej ukochanej Norwegii, gdzie ogólnie czułam się spokojniej i bezpieczniej niż w Polsce. A co to dopiero będzie w Maroko? Samotnie kręcąca się po dużym Marrakeszu kobieta? W państwie muzułmańskim? Bez nakrycia głowy?

Ukamienują mnie!

A tak poważnie zrzedła mi mina i zrozumiałam, że będąc w takiej sytuacji może nikt mnie nie ukamienuje ani krzywdy nie zrobi, ale ja na pewno będę się czuła bardzo niepewnie, delikatnie mówiąc. I nie chcę wydawać swoich wszystkich oszczędności, zaciągać długu na karcie tylko po to, by w efekcie pojechać i czuć stres, dyskomfort oraz inne nieprzyjemności.

Uznałam więc, że muszę znaleźć kompana. Kogokolwiek, kto równie spontanicznie zdecyduje się pojechać na tę samą wycieczkę i najlepiej będzie to ktoś z mojego miasta. Ktokolwiek, kogo będzie na to stać i kto będzie gotów towarzyszyć mi podczas czasu wolnego. Kto mógłby mi zdjęcia fajne porobić, a i ja jemu/jej. Ktoś, kto będzie podobnie szalony, jak ja.

Ale stanęłam w miejscu z rozłożonymi rękoma i uznałam, że nie mam w swoim otoczeniu nikogo takiego. Albo ktoś jest w związku albo już po urlopie albo go nie stać albo inne jakieś albo. I przede wszystkim – że nie mam w swoim otoczeniu kogoś na podobnym poziomie wariactwa. Wszyscy tacy jacyś przyziemni są bardzo. Że może i mogliby się zdecydować, ale będą kalkulować – nie tylko kwestie finansowe. Że gdyby nawet byli tak pijani, jak ja to by takiego odjebu nigdy nie zrobili.

I teraz, przy niedzieli, głowa boli mnie jeszcze bardziej, nie tyle od Maroka, ale od tego kim jestem oraz kogo mam w otoczeniu.

A może się mylę jednak? Może jest jedna chociaż istota, która zechciałaby polecieć ze mną do Maroka?

Please, prove me I am wrong…

Verified by MonsterInsights