Na pełnym morzu

Wyższe intelektualnie i duchowo istoty

Czytając niedawno pewien artykuł na temat zjawiska klasy średniej uświadomiłam sobie czymże w istocie jest to, co tak mnie od dłuższego już czasu irytuje. I przeraża. I wywołuje współczucie. I czasami nawet bawi. W ogólności rozpatrując – budzi we mnie sporo emocji. A najbardziej dlatego, że sama się w tym taplam.

Wszyscy chcemy być jacyś. Chcemy być kimś. Chcemy sięgać, jak najwyżej i jak najdalej. Byleby jak najdalej od szarego końca, marginesu, pospólstwa i patologii. W efekcie sądzę, że dokładnie do tego dążymy próbując być kimś, kim nie jesteśmy i robić rzeczy, których nie czujemy.

Kreujemy swoje życie na instagramach i fejsbukach. We filtrach i wycinkach. Bo to przecież takie obciachowe, by po pracy nie mieć hobby. I to obciachowe mieć je zbyt prozaiczne i popularne. Nie wypada wręcz nie chodzić na siłownię, nie jeździć czy raczej latać za granicę, nie próbować egzotycznych dla nas potraw, nie odwiedzać modnych restauracji i kawiarni, nie chodzić na eventy kulturalne albo nie czytać jakichś wymyślnych dzieł specyficznych autorów, których nikt nigdy nie zdołał właściwie zinterpretować ani odczuć grama satysfakcji z zatapiania się w ich dzieła.

Plebs słucha popu oraz disco polo, więc ja jako wyższa intelektualnie i duchowo istota zobowiązana jestem się tym brzydzić, z tego kpić i słuchać muzyki klasycznej albo ambient rocka z elementami średniowiecznego folku. Czy czegoś tam podobnego. Plebs zachwyca się programami telewizyjnymi, jak „Rolnik szuka żony” czy „Królowe życia” oraz ogląda „Klan” i „M jak miłość”, więc ja jako wyższa intelektualnie i duchowo istota zobowiązana jestem się tym brzydzić, z tego kpić, patrzeć z politowaniem na tych, którzy się tym zachwycają i zamiast tego nie mieć w ogóle telewizji, a jedynie Netflixa, HBO czy Amazon Prime’a. Najlepiej wszystkie trzy. I najlepiej oglądać na nich topowe zagraniczne seriale w oryginalnym języku. I koniecznie trzeba uczyć się jakiegoś języka, niezależnie czy to się kiedykolwiek przyda. Ale przecież w towarzystwie trzeba móc powiedzieć, jak to bardzo ma się wypełniony czas nietuzinkowymi zajęciami. Takie lekcje japońskiego wśród nich będą pięknie wyglądały. I brzmiały. Jak piękne zdjęcie japońskiego sushi z knajpy, gdzie za dwa liche kawałeczki nie da się zapłacić mniej, niż sto złotych. I potem udawać, jakie to było nieziemskie w smaku i syte rzecz jasna.

I tak trzeba nieustannie udowadniać wszystkim wokół, że jest się kimś lepszym, wartościowym, kto na coś zasługuje. Jak na przykład na miłość.

I uganiać się za kasą w korporacji, bo przecież każdy dowód mojej wartości ma konkretną metkę z ceną. Nie małą, przecież. Bo niskie ceny i dyskonty są dla plebsu. Wiadomo. Zawsze lepiej głodować aniżeli nie wstawić bajecznych zdjęć z wakacji na Instagrama. Poza tym, głodowanie sprzyja szczupłej sylwetce, a szczupła i wysportowana sylwetka to również cecha osób lepszych. Bo mają charakter, silną wolę, ambicje. Trzeba zatem uprawiać jakiś sport, mieć karnet na siłowni, trenera personalnego oraz obowiązkowo dietę pudełkową. Trzeba pić latte na sojowym, smażyć tofucznicę i marynować steki z buraka. I jeszcze chodzić całą dobę ze smartwatchem, by sobie liczyć kroki, spalone kalorie, tętno oraz inne wpierdalacze twojej energii, nerwów i czasu poświęconego na donikąd prowadzące rozkminy. Gorsze nawet, jak te na tym blogu.

Jak się tak nad tym wszystkim pochylić, to tak aż ściska za serduszko. Bo przecież komu się chce katować na tej siłce tak naprawdę? Komu smakują steki z buraka? Komu się podoba bieganie w korpokołowrotku z zewsząd wymuszoną kurtuazyjnością przejawiającą się w serdecznych podziękowaniach za każde upierdliwe i złośliwe pytanie? Kto nie dostaje paranoi i nie odczuwa presji, gdy smartwatch, co chwilę mu komunikuje, że dziś człowieku nie wydeptałeś odpowiedniej dla twojego trybu życia ilości kroków? A kto jej nie dostaje widząc cukierkowe zdjęcia i relacje znajomych na social mediach z coraz to bardziej wyszukanych miejsc, z coraz to bardziej wyszukanymi rzeczami, rekwizytami itd.? Skąd się niby potem biorą te korki w drodze nad morze, opóźnienia na lotniskach, ściski na szlakach oraz konieczność rezerwacji niedzielnego obiadu w restauracji z pół rocznym wyprzedzeniem?

No właśnie, a kto lubi tak naprawdę latać samolotem? Stawiać się na minimum dwie godziny przed odlotem i potem katować się w kolejnych kolejkach, gdzie w każdej patrzą na ciebie, jak na przestępcę, by na koniec wcisnąć się, jak ta sardynka do puszki i tak samo, jak ta sardynka nieruchomo spędzić parę godzin?

A kogo nie ciekawią losy rolników szukających miłości? I dramaty w „Emce”? Albo kolejne wyżyny żenady u Lubiczów? Kogo nie niesie do tańca przy „Oczach zielonych” albo „Ona tańczy dla mnie”? I to tak całkiem na trzeźwo. Nie trzeba pić importowanego wina z winogron, na które chuchały tęczowe jednorożce trzysta dwadzieścia lat temu. Nie przysporzy ono specjalnie więcej przyjemności niż kufel Argusa z Lidla czy VIPa z Biedry. Etanol jest ten sam. Trucizna ta sama.

Mogłabym tak wymieniać jeszcze przez kilka wpisów. Całą powieść mogłabym o tym napisać, którą być może nawet studiowaliby wychowankowie klasy średniej udając w towarzystwie, jaką to niszową autorkę odkryli i jak bardzo są zaintrygowani, choć tak naprawdę przeżywaliby tortury po każdym jednym słowie.

Czy naprawdę, by udowodnić światu swoją wartość musimy wyrzekać się naszej prawdziwej natury? Czy naprawdę musimy komuś coś udowadniać? Czy naprawdę musimy brać udział w tym przedstawieniu? Czy naprawdę musimy się aż tak poświęcać, aby zasłużyć na to, na co zasługujemy od urodzenia? Na godność, szacunek, miłość?

Naprawdę może komuś smakować stek z buraka i latte na sojowym. Ktoś naprawdę może kochać korpomowę na codzień i lubić uczyć się dziwnych rzeczy, czytać dziwne książki, słuchać dziwnej muzyki, której nikt nie słucha oraz czuć ekscytację na myśl o kolejnym koczowaniu na lotnisku bo uczucie bycia sardynką jest dosłownie nieziemskie. To wszystko i wiele innych może naprawdę dawać frajdę.

Zatem bądźmy sobą. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle.

Dość udawania i udowadniania. Biczowania się i kpin z innych.

Wyższa intelektualnie i duchowo istota kocha, szanuje i toleruje.

Siebie też.

Nawet z tym „Klanem”.

Verified by MonsterInsights