Pluskwa w preretrogradacji
Gdzieś przeczytałam, że być może już dawno wszyscy umarliśmy zaraz po tym jak covid pojawił się na świecie i teraz żyjemy we śnie. Takie teorie zawsze skłaniają mnie do głębszych refleksji. Tę jakoś odłożyłam na bok na jakiś czas aż do dziś. Wydarzyło się coś, co mnie naprawdę poruszyło.
Przyznaję sobie nagrodę w tej chwili za iście clickbaitowy wstęp. Godny najgorszych internetowych brukowców. Dlatego z góry wyjaśniam, że nie będzie sensacji. Będzie raczej moja ciężka, przedmenstruacyjna i słynnie toksyczna rozkmina.
W dwa tysiące dziewiętnastym, a może jeszcze w osiemnastym ożenił się mój znajomy z pracy. Jakoś szczególnie sobie zapamiętałam to wydarzenie, ponieważ nie jedna ostrzyła sobie na niego pazury posuwając się do niezbyt czystych (według mnie) zagrywek, by być może go jeszcze zdobyć i odbić. Po cichu liczyłam, że to się nie uda, bo się brzydziłam takimi intrygami. Dlatego, kiedy się dowiedziałam, że on nie uległ żadnej pokusie i manipulacji, a za to po prostu zwyciężyła miłość, to byłam naprawdę szczęśliwa. I tak sobie zakodowałam, że on się dopiero, co ożenił.
Tymczasem dziś spotkałam go ponownie po dłuższym czasie. Z kilkuletnim dzieckiem. I dowiedziałam się, że niedawno urodziło mu się drugie. Nie wiedzieć czemu ta informacja mnie zszokowała. Mój mózg nie potrafił przeliczyć, jakim cudem można urodzić dwójkę dzieci w ciągu może zaledwie roku, bo przecież brali ten ślub jakoś właśnie nie wcześniej. I nie szli do tego ślubu w ciąży. Moja czasoprzestrzeń się zagięła. A mózg ogarnęła totalna mgła. Może covidowa?
A potem zaczęłam ciężko myśleć i na spokojnie liczyć ponownie. I wyszło mi, że od jego ślubu minęło pięć, a może nawet sześć lat. Zatem to absolutnie możliwe, że mają już dwójkę dzieci. Ale jak to? Zadałam sobie pytanie, co w takim razie się stało z moim życiem w ciągu ostatnich pięciu latach, że prawie ich nie pamiętam?
Ciarki przeszły mi po plecach.
Przypominam sobie sylwestra z dwa dziewiętnaście na dwa dwadzieścia. Mam do dziś wyrzuty sumienia, bo w ostatniej chwili wystawiłam koleżankę, z którą miałam spędzić tę noc. Zamiast niej wybrałam tego, którego wspomnienie rozdrapuje moje blizny do dziś i który nadal budzi we mnie zbyt wiele zbyt ważnych i trudnych emocji. Do północy wszystko było normalnie. Pięknie. Lecz później stało się coś, co trudno opisać. Coś jak ta legendarna pluskwa milenijna. On o świcie wbił mi nóż w serce. Ja skołowana z koszmarnie potarganymi włosami nie potrafiłam niczego zrozumieć ani się pozbierać. Tak zaczął się mój rok dwa tysiące dwadzieścia, który trwa do dziś.
Co zrobiłam ze swoim życiem przez ostatnie pięć lat?
Podróżowałam. Ale czyż dusza po śmierci nie fruwa tu i tam?
Odmłodniałam. Ale czyż dusza nie wraca po śmierci do swojego młodzieńczego wyglądu?
Nauczyłam się czytać swoją intuicję, jak otwartą książkę. Ale czyż dusza po śmierci nie widzi więcej?
Przestałam rozpościerać wizje romantyczne w swojej głowie przed snem. Ale od kiedy dusza po śmierci śni?
Przestałam czuć. Ale czyż dusza po śmierci czuje cokolwiek fizycznego?
Jak to możliwe, że minęło pięć lat, choć tak naprawdę minął może maksymalnie rok? Ale czy w innym wymiarze istnieje czas ziemski?
Nie umiem powiedzieć, czy żyję albo czy żyłam przez ostatnie pięć lat. Po innych widzę, że gdzieś jakieś życie się toczy i są dusze, które żyją. Ja kojarzę tylko tę północ, różowego szampana i przebite na wylot serce. Do tego momentu żyłam na pewno.
A potem? A teraz?
PS. Nadchodzi kolejne retro Merkurego.